POLITYKA

Piątek, 24 maja 2019

Polityka - nr 15 (2188) z dnia 1999-04-10; s. 40

Świat

Grzegorz Dobiecki

Tunel do piekła

Najwyższa góra Europy znowu przypomniała ludziom o swej potędze. Daniny domagała się już wcześniej, strącając ich z własnego grzbietu do przepaści, porywając w lawinach. Teraz, jakby z zemsty za to, że ośmielili się kiedyś przewiercić ją na wylot, zesłała na nich morze ognia, zamieniając swe wnętrze w piekło.

Takiego porównania używają francuscy, włoscy i szwajcarscy strażacy. Inaczej nie potrafią opisać tego, co ujrzeli w środkowym odcinku tunelu, gdy wreszcie - trzeciego dnia akcji ratunkowej - dotarli do uwięzionych tam wraków samochodów. Właściwie określenie "akcja ratunkowa" straciło sens już w kilka godzin po stwierdzeniu katastrofy: było wykluczone, żeby ktokolwiek mógł ten kataklizm przetrzymać. By było jeszcze kogo ratować. W epicentrum pożaru, w połowie ponadjedenastokilometrowej podziemnej trasy, temperatura sięgała 1000 stopni C. Ze sklepienia tunelu odpadały betonowe bloki. Stopił się, a potem w proch się obrócił asfalt jezdni. Stąd czarne, morowe powietrze, buchające z obu stron Mont Blanc. Z oczywistych względów, których nikt nie chce nazywać po imieniu, ustalenie tożsamości wszystkich ofiar okaże się najprawdopodobniej niemożliwe. Podobnie jak wydanie ich zwłok rodzinom.

Owszem, kierowcy ciężarówek, korzystający regularnie z tego połączenia Francji z Włochami, za tunelem pod Mont Blanc nie przepadają. Mówią o nim: królicza nora, bo jest ciemny i ciasny (7 metrów szerokości, brak pobocza). Co roku jednak przeprawia się ...