POLITYKA

Poniedziałek, 19 sierpnia 2019

Polityka - nr 27 (2305) z dnia 2001-07-07; s. 34-36

Ogląd i pogląd / Analiza

Klaus Bachmann

Tygrys uciekł, został kot

Po co Polsce referendum unijne?

Irlandczycy odrzucili w referendum traktat nicejski, wyznaczający kierunek reform w Unii Europejskiej. Politycy w całej Europie, którzy po szczycie w Nicei narzekali na jego mierne wyniki, teraz dziwią się, że Irlandczycy ich posłuchali i traktat odtrącili. Na razie nikt nie podaje w wątpliwość pomysłu przeprowadzenia podobnego referendum w Polsce. Niemal wszystkie partie obiecały to swoim wyborcom. Uważam ten pomysł za całkowicie nielogiczny. Może się to zakończyć jeszcze większą klęską niż referendum w Irlandii.

Wszystkie rządy po 1989 r. prowadziły politykę zagraniczną w sposób zakulisowy i gabinetowy. Czasami wychodziło to na jaw i wywoływało głębokie kontrowersje, wystarczy wspomnieć konkordat lub umowy gazowe z Rosją. Do negocjacji o przystąpieniu do Unii Europejskiej rząd podchodził podobnie jak do negocjacji umowy dwustronnej. Na początku wszystko było tajne, nawet Sejm był informowany tylko wyrywkowo. Dlatego uzasadnienie (później wycofanego) wniosku o okres przejściowy dla Telekomunikacji Polskiej SA było znane Komisji Europejskiej, piętnastu rządom krajów członkowskich UE, posłom do Parlamentu Europejskiego i wielu posłom obcych parlamentów – a więc na pewno też zagranicznym konkurentom TP SA – nie było natomiast znane ani polskim posłom, ani polskim wyborcom.

Polscy negocjatorzy być może sądzili, że to im ułatwi pracę, w praktyce jednak osłabiło to ich pozycję: Komisja Europejska raz po raz wywierała na nich naciski, ujawniając własne stanowisko i zdradzając przy tym szczegóły polskich wniosków. W końcu rząd zdecydował się wyłoż...

Bez entuzjazmu

Na specjalne zamówienie „Polityki” OBOP przeprowadził ankietę dotyczącą polskiej strategii w negocjacjach o przystąpienie do Unii Europejskiej. Zdecydowana większość badanych (69 proc.) odpowiedziała twardo, że Polska nie powinna iść na żadne ustępstwa, nawet jeśli miałoby to wydłużyć drogę do Brukseli. Odmiennego zdania – iż warto iść na kompromis, byle jak najszybciej znaleźć się w Unii – było tylko 18 proc. Taki punkt widzenia zbieżny jest z oficjalnym polskim stanowiskiem: że nie oddamy ani guzika. Wchodzenie do Unii trwa już tak długo, że nie ma się dokąd spieszyć – wydaje się sądzić większość społeczeństwa. Pociąg i tak już odjechał, miłość dla zrzucającej okowy wschodniej Europy oraz gotowość pomocy dawno ostygły, więc lepiej teraz po aptekarsku wytargować warunki, niż gonić po łebkach. Bez łaski. Trudno powiedzieć, na ile takie rozumowanie podparte jest rachunkiem strat i zysków (wcześniej będziemy w Unii, szybciej skorzystamy z funduszy rozwojowych). Pewnie nie jest, bo negocjatorzy takiego rachunku publicznie nie przedstawili.

Pytanie, od kogo zależy, kiedy i na jakich warunkach wejdziemy do UE, podzieliło ankietowanych. Bardzo pesymistyczne podejście ujawniło pytanie o osobiste nadzieje wiązane z przystąpieniem do Unii. Czy to efekt realistycznej kalkulacji, czy skutek całkowitego niedoinformowania? Nieco lepiej oceniane są szanse Polski. Taki stan umysłów rzeczywiście nie najlepiej rokuje ewentualnemu referendum.