POLITYKA

Sobota, 25 listopada 2017

Polityka - nr 15 (3106) z dnia 2017-04-12; s. 34-35

Opowieść Świąteczna

Edyta Gietka

Tylko konia żal

Ośmielony atmosferą polityczną Julian Kulesza domaga się rekompensaty za Kasztankę, która poszła na wojnę w 1939 r.

Żyli z żoną apolitycznie w gminie Łapy na Podlasiu. Ona przy dzieciach, troszcząca się o znajomość historii oraz pacierzy. On gospodarz na 12 ha. Całe dekady Juliana Kuleszę dręczyła myśl o perspektywach utraconych nie ze swojej winy. Wypłynięcie, że tak powie, na szerokie gleby uniemożliwiła mu konfiskata konia na rzecz obrony Rzeczpospolitej w pierwszych dniach września 1939 r. A dobry koń był wówczas watr tyle, co dziś niemiecki traktor najnowszej generacji.

Gdy trzy lata temu usłyszał w telewizorze, jak nieznani mu bliżej kandydaci na premiera i prezydenta pięknie mówią o ojczyźnie, przypomniało się Kuleszy nasze zwycięstwo nad Niemcami. A skoro jego koń przysłużył się Niepodległej, mimochodem odżyła w nim wizja rekompensaty za konia. Tak przystąpił do swej ostatniej w życiu, korespondencyjnej, ofensywy.

W nadziei

Kiedy ugrupowanie, z którym ledwie sympatyzował, dochodziło do władzy, był już dojrzałym 90-letnim Polakiem, zalegającym przed plazmą z racji nadmiaru czasu. Kampania zbiegła się z pogrzebem żony, więc pustki zrobiło się jeszcze więcej. Julian Kulesza, przysłuchując się, młodniał.

Piękne to były bogoojczyźniane przemowy. O tym, jak wszystko, co dziś zepsute, będzie naprawione, a każdy obywatel załatwiany indywidualnie. Przypominały mu partyzanckie rozgrzewki do boju w podlaskich lasach (do tego wątku jeszcze powróci). Jakaś niedefiniowalna atmosfera uniesienia spowodowała, że miał w oczach łzy na myśl o szeroko rozumianej ojczyźnie.

Gdy w październiku 2015 r. ugrupowanie, z którym sympatyzował, pokonało niemrawych w mowie przeciwników, namyślił się złożyć wniosek o ekwiwalent za poniesione koszty działań wojennych 1939–45. Opatrznościowo się złożyło, że zwycięstwo wyborcze zbiegło się z porządkami przedświątecznymi, podczas których w jednym z kufrów po śp. ojcu odnalazł zżółkły kwit z okrągłą pieczątką. Tak wiotki, że rozpadał się w dłoniach: „Niniejszym zaświadcza się, że Kulesza Julian [to ojciec, bo tak samo im było na imię] posiadał wałacha pobranego przez Wojskową Komisję Poborową 172 Okręgu Korpusu nr 3”. Dalej upoważnia się Kuleszę Juliana do stawienia się celem odzyskania należności za konia w adekwatnym do miejsca zamieszkania urzędzie skarbowym. Cenę ustala się na 700 zł. Data: 3 września 1939 r.

W niedoczasie

Zanim opowie, co było dalej, zostanie przy 1939 r. Otóż już w dniu hitlerowskiego ataku poszła po gminach powiastka, że stacjonująca w Poświętnem nadzwyczajna komisja prosi posiadaczy niezbędnych wojsku akcesoriów, w tym wałachów, narzędzi, bryczek i innych, by stawili się niezwłocznie. Prowadząc z ojcem konika na podarowanie ojczyźnie, mijali pewne siebie szwabskie motocykle, które pędziły w tumanach kurzu bez żadnej przeszkody. Niedozbrojeni nasi nie dawali rady ich powstrzymać. Biorąc pod uwagę tak dramatyczne okoliczności, ojciec Juliana Kuleszy konia nie żałował. Jako sołtys we wsi Drągi, gmina Sokoły, i żołnierz carski strofował 12-letniego wówczas syna, by nie mazgaił się, skoro sprawa wzywa.

W tym miejscu Kulesza podkreśli, że żaden zmobilizowany koń nie dostał tak wysokiej ceny, bo nie każdy z przyprowadzonych na komisję kondycyjnie się nadawał. Odbierał go sam generał, mlaskając z zadowolenia. Bardzo przystojny był z Kasztanki wierzchowiec. W kolorze brąz. Wypieszczony od źrebaka. Sześcioletni. Z pierwszorzędnego ogiera i kulturalnej matki o białej grzywie. Choć wykastrowany, młodzieńczo skory do bitki.

Więc wracając do 2015 r., Julian Kulesza, dostawszy skrzydeł w związku z (tak mu się wówczas zdawało) sejmową przewagą patriotów, kseruje swój zżółkły kwit i dołącza go w pisemnym wezwaniu Skarbu Państwa do natychmiastowego uregulowania zaległości za konia wykorzystanego w wojnie obronnej. Zastrzega, że na kwotę w wysokości 28 tys. zł (po uwzględnieniu wielu inflacji) czeka tylko siedem dni od niniejszego nadania.

I tak policzył tanio. Pomnóżmy: skoro krowa na jarmarku w 1939 r. kosztowała 100 zł, a jego konia wojskowa komisja wyceniła na 700, znaczy – był potencjalnym posiadaczem siedmiu jałówek. Zaś współcześnie krowy chodzą po 5 tys., czyli – zgodnie z rachunkiem – powinien domagać się 35 tys. A on rości – można powiedzieć – promocyjnie.

Tymczasem zbywają Kuleszę. Wypiera się partycypacji w koniu po kolei: Urząd Skarbowy w Wysokiem Mazowieckiem, Sąd Administracyjny w Białymstoku, wojewoda podlaski. Wszyscy zasłaniają się rzekomo ciągle aktualnym rozporządzeniem z lat 30., w myśl którego odstępujący na rzecz świadczeniobiorcy – ojczyzny – zwierzęta pociągowe, wozy, pojazdy mechaniczne, rowery i inne mogą dochodzić swych szkód najdalej do 12 miesięcy od ustania działań wojennych. Niestety, Kulesza spóźnił się niemal 80 lat. Z&...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]