POLITYKA

Niedziela, 17 grudnia 2017

Polityka - nr 43 (2930) z dnia 2013-10-23; s. 73-75

Nauka

Edwin Bendyk

Uczone bzdury

Czy trudno być naukowcem? Okazuje się, że za pieniądze można opublikować dowolny absurd w naukowym czasopiśmie.

Tygodnik „Science” to jedno z najwyżej cenionych pism naukowych, a jego wydawcą jest AAAS (American Association for Advancement of Science). Redaktorzy magazynu wpadli na pomysł chytrej prowokacji. Biolog John Bohannon wcielił się w Ocorrafoo Cobangi – fikcyjną postać biologa z nieistniejącego Wassee Institute of Medicine w Asmarze. Bohannon alias Cobanga napisał artykuł o cudownych właściwościach antynowotworowych substancji chemicznej uzyskanej z mchu. Tekst podsumowujący zmyślone badania roił się od błędów, został jednak rozesłany do 304 czasopism naukowych na całym świecie.

Artykuł nadawał się do natychmiastowej dyskwalifikacji, jednak po kilku miesiącach „Journal of Natural Pharmaceuticals” poinformował, że przyjmuje materiał do druku. Do czasu kiedy „Science” zdecydował się opublikować na początku października br. wyniki swej prowokacji, artykuł Bohannona zaakceptowało 157 czasopism, 98 odrzuciło. A przecież wystarczyło sprawdzić w Google, że ani Cobanga, ani Wassee Institute nie istnieją. Nie mówiąc już o błędach w samym tekście, które wykryłby początkujący student chemii. Dlaczego więc nie zostały wykryte przez redaktorów czasopism naukowych?

Bohannon wybrał szczególny gatunek czasopism – periodyki publikowane w systemie Open Access (OA). To tytuły ukazujące się tylko w Internecie, dostępne dla wszystkich czytelników bez konieczności opłaty za prenumeratę. Idea OA zrodziła się w odpowiedzi na rosnące koszty publikacji naukowych w tradycyjnym obiegu zdominowanym przez kilku międzynarodowych wydawców, żądających za subskrypcję niektórych tytułów nawet 20 tys. dol. rocznie. Wydatek, z którym trudno było się pogodzić nawet najbogatszemu na świecie Uniwersytetowi Harvarda.

Szef harwardzkiej biblioteki Robert Darnton stwierdził, że nie ma sensu płacić wydawcom za dostęp do czasopism, które powstają z artykułów napisanych przez naukowców z Harvardu w ramach badań, które Harvard finansuje. Czy nie prościej publikować ich prace w Internecie w wolnym dostępie dla wszystkich? W rezultacie Uniwersytet Harvarda przyjął zasadę otwartego publikowania w sieci artykułów przygotowanych przez harwardzkich uczonych.

Ta praktyka jest stosowana przez rosnącą liczbę uczelni, zachęcają do niej także instytucje finansujące badania naukowe. Jednym z ostatnich aktów prawnych podpisanych przez George’a W. Busha była ustawa nakazująca ogłaszanie w systemie Open Access wyników prac naukowych, które zostały sfinansowane ze środków publicznych dzielonych przez Narodowe Instytuty Zdrowia.

Szczytna idea otwiera dostęp do wiedzy wszystkim, których nie stać na zakup czasopism ukazujących się w tradycyjnym obiegu. Jej przeciwnicy, głównie tradycyjni wydawcy, przekonują jednak, że nie ma darmowych obiadów – ceny czasopism wynikają nie tyle z chęci zysku, co konieczności zapewnienia ich poziomu. W nauce jego gwarantem jest proces redakcyjny, którego kluczowym elementem są recenzje pisane przez innych naukowców. Artykuły drukowane w „Science” są cenione, bo redakcja zapewnia najwyższą jakość i proces selekcji, przez który niezwykle trudno przepchnąć humbug.

Z kolei dla uczonych fakt publikacji w „Science” to więcej niż tylko prestiż – to także znaczący fakt w karierze naukowej odmierzanej liczbą opublikowanych artykułów. Liczy się zarówno ilość, jak i jakość, zgodnie z zasadą publish or perish (publikuj albo giń). Dlatego w odpowiedzi na krytykę zasady wolnego udostępniania wiedzy w Internecie zaczęły powstawać czasopisma naukowe Open Access, stosujące dokładnie te same reguły co wydawnictwa tradycyjne. Klasycznym przykładem jest inicjatywa Public Library of Science (PLoS) – organizacja nienastawiona na zysk, wydająca w tej chwili siedem czasopism w modelu Open Access.

Początek PLoS to 2003 r., kiedy zaczął się ukazywać periodyk „PLoS Biology”. W 2006 r. pojawił się „PLoS One” – dziś największe pod względem liczby publikacji czasopismo naukowe na świecie. W jaki jednak sposób wydawca PLoS zapewnia jakość, skoro artykuły są dostępne za darmo? Tam autorzy płacą za publikację przyjętych artykułów. Za artykuł w „PLoS Biology” trzeba wyłożyć 2900 dol., za „PLoS One” – 1350. Istnieje jednak cały system zniżek, włącznie z opcją bezpłatną dla uczonych z krajów rozwijających się. Wydawać by się mogło, że w tym modelu ukryty jest oczywisty konflikt interesów i pokusa, żeby w zamian za pieniądze przymykać oko na słabości autorów. Wydawcy Open Access, jak Public Library of Science, przekonują, że nie działają dla zysku i kluczowa jest dla nich reputacja, od niej bowiem zależy, kto będzie publikował i jakie w konsekwencji będzie znaczenie czasopisma.

Rzeczywiście, Bohannon wysłał swój fałszywy artykuł także do „PLoS One”, spotkał się jednak z odmową. Jakościowy filtr zadziałał, jednak w większości przypadków kasa okazała się ważniejsza. Co najciekawsze, nie miało znaczenia, czy wydawca znajduje się w jakimś egzotycznym kraju i nawet trudno zlokalizować jego adres, czy też należy do uznanej grupy wydawniczej, jak Wolters Kluwer lub Elsevier. Model polegający na pł...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]