POLITYKA

Wtorek, 23 lipca 2019

Polityka - nr 33 (2414) z dnia 2003-08-16; s. 24-27

Kraj / Arystokracja lewicy

Janina ParadowskaAgnieszka Zagner  [wsp.]

Układ plemienny

Nie da się odtworzyć, kiedy okrzyknięto ich baronami. Przewodniczący rad wojewódzkich SLD urośli w siłę i znaczenie wraz z Leszkiem Millerem. Oni dawali mu kontrolę nad rozrastającą się partią. On dawał im poczucie pewności i – jak się dziś okazuje – także bezkarności. Przeżyli szok, gdy prokuratura sięgnęła po jednego z nich: Henryka Długosza.

Długosz to miłośnik wystawnego trybu życia i szybkich samochodów – tak mówiono o nim w SLD. Henio wiele potrafi – dodawano. Potrafił na przykład tak zorganizować przedkongresowy zjazd delegatów, że było jak za dawnych lat: zwarci i gotowi. Nie minęło kilkanaście tygodni, gdy Długosz poległ pod ciężarem afery starachowickiej i publicznie już nikt nie ośmiela się go bronić, choć w kuluarach można usłyszeć: Heniu ostrzegał kierownictwo, że w terenie źle się dzieje. Pech, że akurat wykryto, iż wyjątkowo źle działo się na jego terenie.

Krzysztof Martens, gdy w styczniu 2000 r. wybrano go na wiceprzewodniczącego SLD w woj. podkarpackim, cytował w pożegnalnym felietonie w rzeszowskim wydaniu „Gazety Wyborczej”: „Nic nie może przecież wiecznie trwać, co zesłał los, trzeba będzie stracić”. Martens żegnał się wówczas z czytelnikami swoich ponad 330 felietonów. Potem został wybrany na szefa SLD w tym województwie (po Wiesławie Ciesielskim) i dziś jest jednym z najpopularniejszych, przynajmniej w świecie dziennikarskim, baronów. Udziela ...