POLITYKA

Piątek, 24 listopada 2017

Polityka - nr 51 (2736) z dnia 2009-12-19; s. 102-106

Nauka

Karol Jałochowski

Upadek w górę

Rozmowa z Johnem Polkinghornem, brytyjskim fizykiem, który stał się pastorem i teologiem

Czy obecność Boga można dowieść naukowo? Czy Bóg, jeśli istnieje, wie wszystko? Czy jest wielkim programistą Wszechświata, a może wielkim zegarmistrzem? Jak godzi swoją nadprzyrodzoną moc z bezwzględnością praw fizyki? Urodzony w 1930 r. John Polkinghorne mierzy się z tymi problemami od kilkudziesięciu lat. W wyjątkowy sposób, bo ma on, niczym cząstka elementarna, charakter dualistyczny: jest fizykiem, który u szczytu kariery założył koloratkę. Należy do nielicznej grupy dobrych naukowców, którzy jednocześnie szczerze wierzą w Boga, mawia Richard Dawkins.

Polkinghorne studiował (Trinity College w Cambridge) matematykę, a potem fizykę. Współtworzył tzw. model standardowy. Przyczynił się do odkrycia kwarków. Pracował z gigantami – noblistami Paulem Diracem, Murrayem Gell-Mannem. Wychował wielkich – chociażby kosmologa Martina Reesa i fizyka Briana Josephsona.

Zwrot akcji nastąpił w 1982 r. Wtedy to, po dwóch latach spędzonych w seminarium Westcott House, Polkinghorne przyjął święcenia Kościoła anglikańskiego. Pracował jako wikariusz w robotniczej dzielnicy Bristolu i pastor w małej miejscowości w Kencie, po czym trafił z powrotem do Cambridge, gdzie został dziekanem kaplicy Trinity Hall. W latach 1989–1996 pełnił funkcję rektora założonego w 1448 r. Queens’ College w Cambridge. W 1997 r. Elżbieta II przyznała mu tytuł szlachecki. W 2002 r. został wyróżniony nagrodą Templetona. Jest członkiem Towarzystwa Królewskiego. W 2001 r. założył International Society for Science and Religion, organizację służącą dialogowi nauki religii. Polkinghorne jest autorem ponad 30 książek, z których kilka ukazało się po polsku. W 2007 r. opisał swoje losy w autobiografii „From Physicist to Priest” (opowiadając również o zmarłej na nowotwór w 2006 r. żonie Ruth oraz trójce dzieci). W tym roku wraz z zaprzyjaźnionym filozofem Nicolasem Bealem opublikował „Questions of Truth”.

Ale książki to mało. Na żywo Polkinghorne jest jak teologiczny karabin maszynowy: trudno nadążyć za tempem jego wypowiedzi, ale grzech nie spróbować.

Karol Jałochowski: – Zacznijmy od samego początku. Cofnijmy się o 14 mld lat, do chwili narodzin Wszechświata. Co się wtedy właściwie stało? Co mówi o tym fizyk, a co teolog?

John Polkinghorn: – Fizyka pozwala nam prześledzić historię Wszechświata niemal aż do jego przyczyny – osobliwości, którą nazywamy Wielkim Wybuchem. Wprawdzie jej samej nie opiszemy, bo nie znamy praw obowiązujących w warunkach niezwykle wysokich energii, jakie wówczas panowały, ale już późniejsze losy kosmosu dają się z powodzeniem badać. Co mówi teologia? Doktryna o stworzeniu nie szuka odpowiedzi na pytanie, kto podpalił lont i doprowadził do Wielkiego Wybuchu. Teologia pyta, dlaczego Wszechświat istnieje. Nauka tłumaczy prawa fizyki rządzące przyrodą, teologia pyta, skąd się one wzięły.

Kiedy badamy podstawowe prawa przyrody, widzimy generowane przez nie przepiękne struktury, niebywałą urodzajność. Zadziwiające, że ogarniamy je rozumem. Nauka chętnie wykorzystuje ten szczęśliwy zbieg okoliczności, lecz nie wyjaśnia jego przyczyny. Dla mnie najbardziej satysfakcjonującą odpowiedzią na pytanie o przyczyny tego cudownego uporządkowania świata jest obecność stojącego za nim boskiego umysłu. Boga, który bierze udział w dziele stwarzania tak samo dziś, jak 13,7 mld lat temu.

Bóg wciąż bierze udział w stworzeniu, a więc nie był to pojedynczy akt?

Otóż to! Oczywiście! Teologia mówi o dwóch rodzajach stworzenia świata. Jeden to podtrzymywanie świata w trwaniu, które przebiega, w co wierzę, nieustannie. Gdyby Bóg go zaprzestał, Wszechświat przestałby istnieć. O drugim procesie teologia mówi dopiero od jakichś 150 lat – od chwili opublikowania „O powstawaniu gatunków” Karola Darwina. Wielu teologów dostrzegło wtedy, że z teorii ewolucji wynika fakt, że świat jest trwającym nieustannie stworzeniem, a nie gotowym światem wykreowanym jednorazowo przez Boga. To głęboko satysfakcjonujący, jak sądzę, i głęboko pouczający sposób rozumienia historii Wszechświata.

Czy to oznacza, że staje się on coraz lepszy?

Lepszy to kłopotliwe słowo. Z całą pewnością świat staje się coraz bardziej złożony i bujny. Jedną z osób, która natychmiast zaakceptowała teorię Darwina, był angielski duchowny Charles Kinsley. Powiedział on, że Bóg nie stworzył gotowego świata. Zrobił coś sprytniejszego – wykreował świat, w którym istoty stwarzają się same. Taki świat stanowi większe dobro niż gotowe dzieło, a zarazem odzwierciedla fakt, że Bóg nie jest jakimś kosmicznym tyranem, lecz daje istotom wolność bycia sobą i stwarzania siebie samego. Jeśli Bóg jest naprawdę Bogiem miłości, to jego dzieło nie może być rodzajem teatru marionetek, w którym za wszystko odpowiedzialny jest Bóg. Dar miłości jest zawsze darem wolności wobec przedmiotu miłości – dobrze wiedzą o tym na przykład rodzice. Podobne dary są zawsze niebezpieczne, bo mogą być zaró...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]

Zobacz filmową rozmowę z fizykiem-pastorem na: www.polityka.pl/nauka