POLITYKA

Wtorek, 21 listopada 2017

Polityka - nr 13 (2598) z dnia 2007-03-31; s. 20-21

Temat tygodnia / Kraj

Adam Krzemiński

Urodziny cioci Europy

Angela Merkel ma powody do radości. W ten weekend nie była może cesarzową Europy, ale na pewno zaradną gospodynią jubileuszowego przyjęcia. Goście dopisali. Pogoda też.
Centrum Berlina zmieniło się w eurojarmark, w którym wzięło udział pół miliona ludzi.

Przywieziona z całej Europy młodzież za dnia rozpięła kurtki. Nocą okupowała dyskoteki. Na 50-leciu UE miała odgrywać rolę chóru młodych przyklaskujących starcom na europejskiej scenie. Ale młodzież nie za bardzo oblegała hotel Aldon, w którym mieszkali prezydenci i premierzy. Za to przeciskała się do 77 namiotów i garkuchni, a zwłaszcza tańczyła wokół estrady, na której Joe Cocker pokazywał, jak należy śpiewać.

Berlińczycy potraktowali urodziny „cioci Europy” z rezerwą. Niespełna rok temu mieli w tym samym miejscu o wiele większy festyn – piłkarskie mistrzostwa świata. I nic tamtej ekstazy nie przebije.

Około pięćdziesiątki, szydziły niemieckie media, przeżywa się midlife crisis. I tak też jest z UE. Młodość uciekła. Wiadomo, jakie marzenia już się nie spełnią. Zaczynają się kłopoty ze zdrowiem, zbliża się starość. Czy UE w ogóle doczeka 75-lecia?

Prognozy o przyszłości UE zdawały się ulubioną zabawą przed tym szczytem. Jedni komentatorzy twierdzili, że nie przetrwa najbliższych 20 lat. Inni, że będzie trwała dłużej niż cesarstwo rzymskie – ponad 500 lat. Najzabawniejszy scenariusz na rok 2032 przedstawił Navid Kermani, niemiecko-turecki pisarz i orientalista:

„Pierwsza czarnoskóra minister spraw zagranicznych Francji oświadcza, że Sudan naprawdę nie jest częścią Europy. Natomiast państwa Maghrebu, zanim zostaną przyjęte do UE, muszą spełnić kryteria kijowskie. Prezydent Niemiec Cem Özdemir, niedawno wybrany głosami chadeków, liberałów i zielonych, nalega na nowy rząd niemiecki, by poważnie potraktował obietnice dane Iranowi w wypadku głębokiej demokratyzacji tego kraju. Szczytowi UE w Tel Awiwie grozi zerwanie, ponieważ palestyńscy plantatorzy oliwek urządzają blokady dróg na znak protestu przeciwko zmniejszeniu subwencji na rolnictwo. W całej UE sukcesy odnoszą prawicowi populiści przestrzegający przed napływem obcych i wyprzedażą narodowych interesów. Tłumacze w UE nie dają sobie rady. Europa jest w kryzysie. Jak zawsze”.

Pani kanclerz w swej mowie na cześć cioci jubilatki była dużo bardziej powściągliwa. Nie twierdziła, że w roku 2032 członkami UE będą Ukraina, Izrael z Palestyną, Maroko i Algeria. „Bądźmy szczerzy – mówiła – 50-lecie traktatów rzymskich to dla historii niewiele więcej niż mgnienie oka. Nie wiemy, czy 25 marca 2057, w stulecie traktatów rzymskich, wciąż jeszcze będzie można świętować Europę pokoju i wolności, demokracji i praworządności”.

Język ciał 27 prezydentów i premierów nie wskazywał, by byli w jakieś euroeuforii. W czasie sobotniego koncertu w filharmonii, na kolacji u prezydenta Horsta Köhlera, jak i w czasie uroczystego podpisania Deklaracji Berlińskiej w stylowej sali Niemieckiego Muzeum Historycznego kamery telewizyjne notują, kto klaszcze, kto się uśmiecha. A komentatorzy dopowiadają, dlaczego Lech Kaczyński i Vaclav Klaus siedzą z nieporuszoną twarzą. Czech, bo poprzedniego dnia Niemcy wygrali z Czechami mecz piłkarski, a Polak dlatego, że w Deklaracji znalazło się jednak ostatnie, kluczowe zdanie, że UE do roku 2009 zakończy kryzys konstytucyjny. Niebawem agencje podadzą, że polski prezydent skrytykował tę datę...

Dla Niemców Czech i Polak są dziś głównymi eurosceptykami w Europie. Według najnowszych badań opinii, Polska na niemieckim termometrze sympatii ląduje bardzo nisko, za nami tylko Wielka Brytania i Rumunia, a na szczycie – Francja. Mimo konstytucyjnego weta uchodzi za spolegliwego i lubianego partnera. My natomiast – za kłótliwych i pełnych pretensji.

W czasie przyjęcia w pałacu Bellevue prezydent Köhler próbował nieco rozruszać swego polskiego kolegę wspominając – w bardzo literackiej mowie – relacje niemieckiego reportera z Polski, który idąc śladami swego ojca poległego na Białorusi był w Polsce znakomicie przyjęty i podawany z rąk do rąk... Również Angela Merkel ostentacyjnie uśmiechała się do Lecha Kaczyńskiego, w końcu to dzięki jej wypadowi do Juraty Polska poparła w końcu Deklarację. Jednak w Berlinie polski prezydent był spięty, a reporterzy odnotowali, że także Bernardette Chirac, obok której siedział na koncercie w filharmonii, nie potrafiła go rozruszać.

Młodzieży z 27 krajów miny polityków nie bardzo interesowały. Tej europejskiej nocy Berlin dał jej tańce, hulanki, swawole. Dyskoteki, kluby, nawet muzea były otwarte i pełne na okrągło. A jak kto dobrze trafił, to w modnym klubie Oxymoron mógł nad ranem natknąć się na niemieckiego ministra spraw zagranicznych Franka-Waltera Steinmeiera, jak słuchał Finów grających Black&Soul.

W innej modnej knajpie, w Stałym Przedstawicielstwie, utrzymanej w stylu postenerdowskim, ze zdjęciami Honeckera z zachodnimi prominentami, toczy się dyskusja nad sztuką Elfriede Jelinek „Ulrike Maria Stuart” o „dwóch królowych” niemieckiego terroryzmu – Ulrike Meinhof i Gudrun Ensslin, pokazaną poprzedniego dnia w tuż za rogiem w Deutsches Theater. ...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]