POLITYKA

Piątek, 22 marca 2019

Polityka - nr 16 (16) z dnia 2018-11-14; Ja My Oni. Poradnik Psychologiczny Polityki. Tom 32. Jak być wystarczająco dobrą rodziną; s. 16-21

JA. Wyrosnąć z własnego dzieciństwa

Anna Tylikowska

Wadliwa instrukcja życia

Czy warto wciąż pytać rodziców: Jak mogliście mi to zrobić?

Co czwarty dorosły mieszkaniec Polski w jakimś momencie życia doświadcza poważnych problemów psychicznych, diagnozowanych m.in. jako depresja i inne zaburzenia nastroju, fobie, lęk uogólniony, napady paniki, uzależnienia. Takie wnioski wynikają z pierwszych zakrojonych na szeroką skalę, zgodnych z metodologią Światowej Organizacji Zdrowia badań, przeprowadzonych kilka lat temu przez Instytut Psychiatrii i Neurologii w Warszawie, Akademię Medyczną we Wrocławiu oraz Narodowy Instytut Zdrowia Publicznego – Państwowy Zakład Higieny. Pojawienie się objawów zaburzeń psychicznych kojarzy się zwykle z niedawnymi wydarzeniami, jak rozpad małżeństwa, utrata pracy, mobbing czy wypadki losowe. Jednak ich źródła leżą głębiej – w instrukcji obsługi życia, którą ludzki umysł tworzy w dzieciństwie.

Powroty zbędne i konieczne

Najważniejsze passusy tej instrukcji na ogół przekazują dzieciom rodzice. Niestabilność, emocjonalna lub fizyczna nieobecność, nadopiekuńczość, przemoc werbalna bądź cielesna – katalog matczynych i ojcowskich zaniedbań jest obszerny. Podobnie – wykaz problemów, z jakimi borykają się osoby, które wyniosły z rodzinnych domów niezdrowe przekonania dotyczące siebie, innych ...

Hardware i software

Jerome Kagan, obecnie emerytowany profesor Harvard University, wraz ze współpracownikami odkrył, że te same dzieci reagują na nieznane osoby i zdarzenia podobnie w wieku czterech, czternastu i dwudziestu jeden miesięcy. Niemowlęta nazwane wysokoreaktywnymi, które w obliczu nowych doświadczeń płakały lub przejawiały niepokój ruchowy, także z upływem czasu wykazywały silny lęk i stres, natomiast dzieci w czwartym miesiącu życia niskoreaktywne zachowywały spokój także w starszym wieku. Jako czteroipółlatki dzieci zaczęły wykazywać interesujące różnice – około 30 proc. tych wysokoreaktywnych wyzbywało się lękliwości i rozwijało pewność siebie za sprawą rodziców, którzy wysłuchiwali ich problemów, udzielali im konstruktywnych, nieoceniających wskazówek oraz wspierali ich w nawiązywaniu kontaktów społecznych i budowaniu otwartości. Nadmierna opiekuńczość wobec wysokoreaktywnych malców, próby ich chronienia nie przynosiły tak dobroczynnych skutków. Kagan i współpracownicy ustalili także, że dzieci, których początkowa wysoka albo niska reaktywność nie zmieniła się w ciągu pierwszych czterech lat dorastania, są w dalszym życiu znacznie bardziej niż inne narażone na doświadczanie zaburzeń lękowych bądź behawioralnych.

Eksperymenty Kagana, wraz z tysiącami innych badań zapoczątkowanych w XIX w. przez prekursora badań nad dziedziczeniem inteligencji Francisa Galtona, a współcześnie kontynuowanych m.in. przez genetyków zachowania, wykazały wpływ genów na kształtowanie ludzkiego życia, ujawniły jednak także siłę oddziaływań środowiskowych. Geny określają wstępnie indywidualne cechy, takie jak poziom inteligencji, aktywności czy pobudliwości, jednak to inni ludzie wspomagają małe dzieci (albo nie) w rozwijaniu genetycznego potencjału, uczą je sposobów użytkowania wrodzonych cech. Innymi słowy, geny określają hardware człowieka – budowę jego organizmu, w tym układu nerwowego, decydującą o temperamencie. O tym, w jaki sposób człowiek wykorzystuje swój temperament, inteligencję, a także zdarzenia losowe, decyduje przede wszystkim software, czyli zestaw instrukcji ich obsługi, implementowany dziecku w pierwszych latach życia przez matkę, ojca lub zastępujących ich opiekunów.

Usidleni w dzieciństwie

Rozpamiętywaniu dzieciństwa, a także oczekiwaniu zadośćuczynienia ze strony rodziców za doznane krzywdy, sprzyja szereg czynników psychologicznych, społecznych, a nawet biologicznych. Niektórzy ludzie nadmiernie wikłają się w rozmyślania o swych doznaniach z pierwszych lat życia:

Bo nie mają stabilnego poczucia własnej wartości. Ta niestabilność jest typowa dla dzieci toksycznych matek i ojców; utrudnia podejmowanie samodzielnych decyzji i działań. Dzieci takie, także w dorosłości, uzależniają swój dobrostan od akceptacji rodziców, a przejęty od nich obraz siebie i świata utrudnia im dostrzeżenie tego, że skoro nie otrzymywali owej akceptacji przez dwadzieścia, trzydzieści albo i więcej lat, to szanse jej uzyskania są nikłe.

Bo zapominają o zadaniach, które ich umysł uznał za wykonane, a utrzymują w świadomości zadania niedokończone. To efekt odkryty przez rosyjską psycholożkę i psychiatrę Blumę Zeigarnik. Najprościej rzecz ujmując: uwolnienie się od dziecięcych wspomnień jest trudne lub niemożliwe dopóty, dopóki człowiek nie odnajdzie w nich sensu i nie przepracuje związanych z nimi emocji.

Bo mają skłonność do ruminowania, czyli długo przeżuwają, trawią swoje złe wspomnienia i stany psychiczne. W psychologii – zgodnie z definicją Susan Nolen-Hoeksema, nieżyjącej już profesorki psychologii uniwersytetu w Yale – termin ten oznacza koncentrowanie uwagi na przejawach złego samopoczucia, jego możliwych przyczynach i konsekwencjach, zamiast na poszukiwaniu sposobów poprawy swojego stanu. Ruminowanie, podobnie jak roztrząsanie fatalnych scenariuszy przyszłych zdarzeń, to niebezpieczne umysłowe nawyki – pierwszy może prowadzić do depresji, drugi do zaburzeń lękowych. Czy trzeba dodawać, że tych utrudniających podejmowanie konstruktywnych działań nawyków ludzie uczą się często od rodziców?

Bo czytają przestarzałe poradniki psychologiczne, oparte na intuicjach lub wyrywkowych obserwacjach ich autorów, zachęcających do rozliczania się z przeszłością. Archaiczne, ignorujące współczesną wiedzę psychologiczną metody terapeutyczne często, niestety, zachęcają do długotrwałej, niepotrzebnej osobistej archeologii.

Bo w ludzki mózg wpisane są mechanizmy sprzyjające wytrwałości; utrwalone one zostały poprzez tysiące lat ewolucji. Bardziej opłacało się kontynuować budowę schronienia czy polowanie, nawet w obliczu poważnych przeciwności, niż je porzucić. W dzisiejszej rzeczywistości ilustracją tego mechanizmu jest zachowanie gracza przy tzw. jednorękim bandycie w obliczu „prawie wygranej”: automat pokazuje trzy jednakowe obrazki (by wygrać, trzeba by automat pokazał cztery), a gracz z reguły zamiast pogodzić się z fiaskiem, wrzuca monetę i gra dalej.

Podobnie rzecz się ma z wyczekiwaniem choćby drobnego przejawu zrozumienia ze strony rodzica. Jeśli coś takiego pojawi się na jego twarzy, w dorosłym dziecku może eksplodować nadzieja na rekompensatę za dawne zaniedbania.

Ponadto łatwiej jest porzucić złudzenia o dobrej relacji z kimś, kto tylko rani, niż z kimś, kto czasami krzywdzi, a kiedy indziej jest „do rany przyłóż”. Być może łatwiej też porzucić rozmyślanie o dzieciństwie jednoznacznie traumatycznym niż trochę bolesnym, lecz generalnie znośnym.

Znaczenie ma tu też ludzka niechęć do podejmowania ryzyka, opisana przez psychologa, ekonomistę i laureata Nagrody Nobla Daniela Kahnemana – rozpamiętywanie dzieciństwa i nieustające czekanie na rodzicielską akceptację jest w pewnym sensie bezpieczniejsze niż wypłynięcie na szerokie wody niezależności, wymagające porzucenia niewygodnej, lecz dobrze znanej strefy komfortu.

Bo przejęli od ojca lub matki nietrafne (psycholog powiedziałby nieadaptacyjne) przekonania: „Obowiązki są ważniejsze niż przyjemności”, „Za wszelką cenę trzeba unikać dyskomfortu”, „Tylko rodzicom można ufać”.

Bo chcą utrzymywać kontakt z rodzicami, a często jednocześnie nie umieją porozumiewać się w sposób wolny od przemocy. Nawyki komunikacyjne przejęte od rodziców bywają równie zgubne jak przekonania i nawyki myślowe.