POLITYKA

Niedziela, 21 kwietnia 2019

Polityka - nr 42 (2215) z dnia 1999-10-16; s. 38-39

Świat

Artur Górski

Wańka-wstańka

Po zakończeniu wojny o Kosowo wydawało się, że dni prezydenta Jugosławii Slobodana Miloszevicia są policzone. Wydawało się, że wszystko obróciło się przeciwko niemu: przegrał Kosowo, rodaków skazał na biedę i poniżenie, a Trybunał w Hadze uznał go za zbrodniarza wojennego. A jednak Miloszević pozostaje u władzy, a jego pozycja jest mocniejsza niż przed wojną.

Przez chwilę świat znów uwierzył, że można obalić Miloszevicia. Fala demonstracji, jaka ogarnęła Jugosławię, porównywalna jest z tą sprzed dwóch lat, gdy idący ramię w ramię Zoran Dżindżić, lider Partii Demokratycznej (DS), i Vuk Draszković, charyzmatyczny przywódca Serbskiego Ruchu Odnowy (SPO), zdołali doprowadzić do zmian we władzach lokalnych. Wtedy, przez 88 dni ulicznych mityngów, oddziały prewencyjne starały się nie używać siły. Miloszević czuł, że brutalność milicji może przyczynić się do spadku jego popularności. Teraz na demonstrantów czekały gumowe kule, gaz łzawiący i twarde pałki. Polała się krew. Zachód oczywiście potępił przemoc, ale komentatorzy są zgodni w ocenach: Slobo bije, bo czuje się mocny.

Tworzenie antymiloszeviciowskiej koalicji trwało wiele miesięcy - przez cały czas wydawało się, że Dżindżić i Draszković już nigdy nie pójdą w jednym szeregu. Tym bardziej że według lidera SPO, polityki nie powinno się uprawiać na ulicy, ale przy urnach wyborczych. W końcu jednak obaj postanowili działać razem, w ramach ...