POLITYKA

Poniedziałek, 25 czerwca 2018

Polityka - nr 44 (3134) z dnia 2017-10-31; s. 36-38

Rynek

Adam Grzeszak

Wilki z kotłowni

Kiedy sejmowa komisja śledcza ustala, jak mogło dojść do afery Amber Gold, rodzą się kolejne finansowe piramidy pozbawiające Polaków pieniędzy. Czarna lista Komisji Nadzoru Finansowego nigdy nie była tak długa.

Witam, panie Adamie! – nieznany głos w słuchawce brzmi, jakbyśmy się znali od wieków. – Mam dla pana atrakcyjną propozycję. Nasza firma specjalizuje się w inwestycjach na rynku finansowym i w tej chwili mamy właśnie wyjątkową okazję. Dlatego pomyślałem o panu. Nie oferujemy jej wszystkim, ale tylko osobom wybranym. Słyszał pan z pewnością o Saudi Aramco, to największa firma naftowa świata. Panie Adamie, chcę zaproponować panu kupno jej akcji, mamy pewną pulę, ale szybko się kurczy, bo chętnych jest wielu, więc trzeba się spieszyć. To wyjątkowo bezpieczna inwestycja, dająca pewny zysk. Na ropie przecież się nie traci, a trzymanie pieniędzy w banku przy dzisiejszym oprocentowaniu nie ma sensu. To czysta strata, sam pan wie, panie Adamie. Niech pan się nie rozłącza! Wszystko wytłumaczę!”.

Zapewne część czytelników, tak jak autor, odbywała podobne rozmowy. Dowiedziała się o możliwościach zainwestowania w akcje słynnych firm, takich jak Adidas, Snapchat, Netflix, albo inne niebywale dochodowe i pewne okazje. Zawsze towarzyszy temu obietnica, że „zapewnimy panu specjalnego opiekuna, wyjątkowego fachowca, który non stop obserwuje rynek i będzie pana informował o kolejnych okazjach, które przyniosą największy zwrot z zainwestowanego przez pana kapitału”.

Urabiany w ten sposób rozmówca nie dowie się, skąd dzwoniący, nieznany mu finansowy ekspert tak wiele o nim wie. Zna imię, numer telefonu, a często także sytuację finansową. Kiedy ktoś się o to zapyta, usłyszy wykręt w stylu „dostałem pana numer, ale nie wiem od kogo, zapewne któryś z naszych klientów pana polecił”. Teledoradca przedstawi się za to wymyślonym imieniem i nazwiskiem. To typowy scenariusz, według którego działają „łowcy frajerów”. Numery do werbowanych klientów zdobywają na czarnym rynku danych osobowych. Niektórzy podejrzewają, że są wykradane z banków albo firm ubezpieczeniowych.

Łowcy frajerów to pracownicy polskich centrów telemarketingowych, których zadaniem jest naganianie klientów zagranicznym biurom brokerskim, bywa, że zupełnie fikcyjnym, działającym w internecie, ale zarejestrowanym w jakimś dalekim i egzotycznym miejscu, np. na Malediwach, Wyspach Marshalla albo w Republice Vanuatu. Pieniądze przelewane przez polskich klientów na ogół w nic nie są inwestowane. To zysk oszustów, od których polska firma telemarketingowa dostaje określony procent – tłumaczy Jakub Mościcki, wiceprezes fundacji Trading Jam (TJS), skupiającej początkujących i zawodowych traderów, entuzjastów gry na rynkach finansowych.

Łowcy frajerówww

Członkowie społeczności TJS tropią łowców frajerów. Alarmują prokuraturę i Komisję Nadzoru Finansowego. Robią to po trosze we własnym interesie. Bo choć sami tak łatwo nie dają się nabrać, to boją się, że skandale związane z aktywnością łowców frajerów doprowadzą do kolejnego zaostrzenia przepisów i odcięcia indywidualnych inwestorów od rynku forex. Takie zakazy już pojawiły się w kilku krajach. Bo łowcy frajerów nie są polskim wynalazkiem. W Wielkiej Brytanii nadzór finansowy (FCA) podaje, że w ostatnim roku zgłoszono ponad 3 tys. oszustw. Tych, którzy się wstydzili przyznać do swojej naiwności, było zapewne więcej. Statystyczny poszkodowany Brytyjczyk stracił 33 tys. funtów.

Dlatego członkowie TJS zgłębiają metody oszustów, żeby poznać, jak funkcjonują polskie... kotłownie. To nazwa wywodząca się z angielskiego slangu, w którym funkcjonuje pojęcie boiler rooms. Chodzi o podgrzewanie emocji przez telefonicznych doradców, którzy naiwnym klientom obiecują złote góry. Dlatego brytyjska wojna z naciągaczami prowadzona jest w ramach akcji „Beat The Boiler Rooms”. Jak taka kotłownia działa, dobrze pokazuje film „Wilk z Wall Street” z popisową rolą Leonarda DiCaprio.

Kto ulegnie ludziom z kotłowni i zgodzi się zainwestować w akcje albo inny instrument finansowy (złoto, waluty, kryptowaluty, surowce itd.), zapewne pieniędzy już nie zobaczy. Nie tylko obiecywanych zysków, ale nawet zainwestowanego kapitału. Dokładniej zaś: będzie je przez pewien czas obserwował na ekranie komputera. Tam zyski będą szybko rosnąć. Dostanie zapewne kilka telefonów, że skoro idzie mu tak dobrze, to może warto powiększyć konto, dopłacając jeszcze kilka tysięcy dolarów. A na forach internetowych przeczyta opinie zachwyconych klientów, którym firma już wypłaciła zyski z ich inwestycji. O tym, że są to zmyślone zachwyty, a zyski wirtualne, bo na tym polega przekręt, klient dowie się dopiero za jakiś czas, kiedy kontakt z firmą się urwie. Albo dostanie informację, że kolejna inwestycja mu nie wyszła i pieniądze wyparowały. Trzeba się z tym pogodzić, nie zawsze się wygrywa.

Którędy na Wyspy Marshalla?

A jeśli będzie chciał ścigać oszustów, to droga wolna. Tylko musi sprawdzić, gdzie są te Wyspy Marshalla. Tak jak sprawdzają to ostatnio klienci firmy Vortex Assets, ...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]