POLITYKA

Niedziela, 17 lutego 2019

Polityka - nr 11 (2596) z dnia 2007-03-17; s. 4-12

Raport

Wojciech MarkiewiczIzabela Przeździecka  [wsp.]

W krainie jurków*

Ostatnio fala polskich emigrantów przestała już przybierać, ludzie raczej się wymieniają. W Irlandii, gdzie w ciągu trzech lat staliśmy się najliczniejszą mniejszością narodową – na 100 pracujących 8–9 to nasi rodacy – wielu po roku czy dwóch latach pobytu zaczyna się zastanawiać, co dalej. Zostać, jechać jeszcze gdzieś dalej? Czy wracać?

* jurkami nasi nazywają euro (wym. juro), prawdziwą miłość emigranta

Typowa historia emigranta. Artur Gilza, 29 lat, tynkarz z Gorzowa. W Polsce, jak nawet miał robotę, to deweloper zwykle ociągał się z wypłatą. Jeśli zarobił 1200–1400 zł miesięcznie, to były szczyty możliwości. Na początku 2005 r. wyjechał na Zieloną Wyspę jeden kolega, potem drugi. Dzwonią, mówią: przyjeżdżaj Artek, jest robota. – No, ale ja ani be, ani me po irlandzku, mówię im, bo ja wtedy nie wiedziałem, że w Irlandii mówi się po angielsku – tłumaczy. Spoko, kolega na to, tu pełno Polaków. Brygadzista Polak, szef Polak. Fachowców potrzebują. Artur Gilza namówił więc kolegę zbrojarza – żeby było raźniej – i pojechali do Dublina we dwóch. – Pierwsza tygodniówka, jeszcze jako pomocnika: 400 jurków, znaczy się euro. Wychodzi 1600 miesięcznie. Policzyłem razy cztery, bo jurki stały wtedy cztery z groszami, i wyszło 6400 zł. W głowie mi się zakręciło.

No, ale życie drogie. Pokój, w którym ...

Załączniki

  • Jak tu, jak tam

    Jak tu, jak tam

  • Plany

    Plany

  • Zadowoleni

    Zadowoleni