POLITYKA

Czwartek, 18 lipca 2019

Polityka - nr 9 (2694) z dnia 2009-02-28; s. 64-66

Historia

Jerzy Kochanowski

Wnuki Wielkiej Niedźwiedzicy

Niedawne wydarzenia w Medyce, gdzie drobni, przygraniczni handlarze protestowali przeciwko nowym przepisom celnym, są dobrą okazją do przypomnienia, że nie oni pierwsi zarabiali na wschodniej granicy. Z przemytem przez nią nie poradził sobie nawet Stalin.

Trudno sobie wyobrazić lepiej pilnowaną granicę niż między II Rzeczpospolitą a Związkiem Radzieckim. A jednak przemyt – tak barwnie opisany przez Sergiusza Piaseckiego w „Kochanku Wielkiej Niedźwiedzicy” – kwitł. Po wojnie zmieniło się o tyle, że Bug (dzielący teraz bratnie przecież kraje) był strzeżony jeszcze staranniej niż kiedyś Dźwina i Zbrucz, a szmugiel nie tylko się rozwinął, ale wręcz w swoisty sposób zinstytucjonalizował. Inicjatywę wzięli bowiem początkowo w swoje ręce żołnierze i oficerowie Armii Czerwonej, zwłaszcza ci stacjonujący we wschodnich Niemczech. W jadących tranzytem przez Polskę wojskowych eszelonach lub składach towarowych, wiozących zaopatrzenie, wojenne trofea i zdemontowane fabryki, zawsze znalazło się miejsce dla kontrabandy. Polskie władze próbowały maksymalnie utrudnić dostęp do tych złotodajnych pociągów, jednak zazwyczaj mało skutecznie.

Stacjonujący w Polsce oficerowie sowieccy mogli wysyłać do kraju paczki, co pozwoliło na zbudowanie sprawnie działających agencji handlu międzynarodowego. Na Wschód szły więc tekstylia, zarówno zgrzebne polskie produkty, jak i ...