POLITYKA

Poniedziałek, 19 sierpnia 2019

Polityka - nr 11 (2850) z dnia 2012-03-14; s. 28-30

Kraj

Juliusz Ćwieluch

Wóz czy przewóz

Największy polski koncern zbrojeniowy ma ambicje znów zaistnieć na zagranicznych rynkach, zwłaszcza w Indiach. Specjaliści ostrzegają, że przez źle wynegocjowany kontrakt firma może paść ofiarą własnego sukcesu.

Wokół Grupy Bumar, największego polskiego producenta broni i pośrednika w jej handlu, dużo się ostatnio dzieje. Komunikacja jest dwutorowa. Z samej Grupy płyną pozytywne komunikaty o sfinalizowaniu ogromnego kontraktu z Indiami o wartości 275 mln dol. Od właściciela, czyli Skarbu Państwa, płynie z kolei coraz więcej informacji, że firma idzie w złym kierunku i nie obędzie się bez zmian w zarządzie. Doszło już nawet do tego, że „Rzeczpospolita” w informacji „O nich będzie głośno w przyszłym tygodniu” zapowiedziała odwołanie Edwarda E. Nowaka, prezesa Bumaru. Prezes Nowak cały czas zajmuje swoje stanowisko, ale ciemne chmury nad nim i całą Grupą Bumar są coraz gęstsze.

Podobno właściciel za pośrednictwem rady nadzorczej zadał zarządowi firmy dużo trudnych pytań. Na przykład, jakim wynikiem zakończył się kontrakt na sprzedaż 48 czołgów do Malezji? W kwietniu zeszłego roku rzeczniczka Bumaru obiecywała, że do końca 2011 r. kontrakt wreszcie zostanie podsumowany. – Nie ...

Byliśmy potęgą

W poprzednim ustroju produkcja specjalna, czyli uzbrojenia i komponentów, była jednym z filarów gospodarki. W ramach kompetencji rozdzielanych w ramach Układu Warszawskiego ustalono, że polską specjalnością będą czołgi i sprzęt ciężki. Już na początku lat 50. z polskich taśm montażowych zjeżdżać zaczęły pierwsze unowocześnione wersje czołgu T-34. Później w ramach umów licencyjnych produkowaliśmy czołgi T-54, T-55 i T-72. W szczytowym momencie polskie zakłady produkowały 400 czołgów rocznie. Jeszcze większa była produkcja maszyn wsparcia. Samych gąsienicowych ciągników ATS 59G wyprodukowaliśmy ponad 20 tys. Cała produkcja szła na eksport, bo polska armia ich nie używała.

Kolejną mocną stroną polskiego przemysłu były lekkie śmigłowce (Mi-2) i lekkie samoloty (An-2). Samych Mi-2 Polska wyprodukowała ponad 5 tys. Zdecydowana większość sprzętu wojskowego produkowana w PRL wytwarzana była na radzieckich licencjach. Udział polskiej myśli konstrukcyjnej był niewielki. Co zemściło się na nas po upadku Związku Radzieckiego.

Największym odbiorcą naszych produktów był ZSRR, który sam później często je reeksportował. Po 1989 r. nasz największy odbiorca okazał się naszym największym konkurentem. Nie tylko przestał od nas kupować, ale konkurował na rynkach, które w ramach UW uznawane były za przyjazne – np. Indie, Libia, Egipt, Irak.

O skali degradacji przemysłu zbrojeniowego najlepiej świadczą liczby. W szczytowym momencie sama Huta Stalowa Wola zatrudniała 32 tys. pracowników. Dziś zatrudnienie w całej branży zbrojeniowej, łącznie z firmami prywatnymi i kooperantami, ocenia się na 30 tys. osób. Upadek byłby jeszcze większy, gdyby nie polska armia, która stała się głównym i w pewnym momencie właściwie jedynym odbiorcą uzbrojenia produkowanego w Polsce. Na przełomie lat 1999/2000, które uważane są za najgorsze dla polskiej zbrojeniówki, udało się nam wyeksportować sprzęt za 395 mln zł. W poprzednich latach więcej zarabialiśmy na jednym kontrakcie.

Największą bolączką polskiego przemysłu cały czas jest brak hitu eksportowego i brak wsparcia politycznego. Malezja, która kupiła od nas czołgi PT-91 M Twardy (fot. s. 28), zamierzała uzbroić w nie trzy brygady. Uzbroiła jedną. Na wyposażenie drugiej wybrała transporter kołowy. Polska zaproponowała Rosomaka. Wóz świetnie przeszedł test. Miał bardzo dobre opinie. Malezja wybrała jednak pojazd turecki, o co bardzo mocno zabiegał turecki rząd.