POLITYKA

Niedziela, 19 maja 2019

Polityka - nr 39 (3078) z dnia 2016-09-21; s. 100-105

Na własne oczy

Jowita Flankowska

Wspólny metraż

Mieli się wyprowadzić na swoje niezwłocznie; gdy tylko Warszawa się odbuduje; gdy dostaną przydział na spółdzielcze; gdy zdobędą kredyt na swoje. Mieszkają z obcymi ludźmi do dziś. I piszą, piszą, piszą.

Ile w tym poezji! – marzycielskim tonem komentuje sytuację Krysi Różyckiej (od kilku godzin Różyckiej-Konar) jej współlokatorka Nina. Krysia spędzi swoją noc poślubną z Witoldem na panieńskiej kanapce w pokoju wynajmowanym z trzema koleżankami. W takich przypadkach lepsza jest proza – gani Ninę inna współlokatorka. Koleżanki Krysi są dobrze wychowane, uprzejme, modnie ubrane, uczesane i umalowane, dowcipne i – co najważniejsze – życzliwe. Dzięki temu wspólny pokój, choć mały i ciasny, nie jest katorgą. Świeżo upieczeni państwo Konarowie nie zamieszkają razem, bo nie mają gdzie. Jest 1948 r., Warszawa wciąż się odgruzowuje i bardzo nieśmiało odbudowuje.

Na drzwiach wejściowych do mieszkania Witolda wisi sześć wykaligrafowanych wizytówek. Pokoje są przechodnie, wspólna sień zagracona do niemożliwości. W pierwszym pokoju, przy akompaniamencie skocznej folkowej muzyki płynącej gdzieś z głębi mieszkania, śpi starsze małżeństwo. W pokoju obok mieszka zahukany właściciel żelaznej wanienki, którą mimo najlepszych chęci każdy przechodzący zrzuca ze ściany. Folkową muzykę słychać jeszcze lepiej w trzecim pokoju, gdzie pana domu akurat boli ząb, a do ...