POLITYKA

Wtorek, 23 stycznia 2018

Polityka - nr 47 (2681) z dnia 2008-11-22; s. 96-98

Świat

Tomasz Zalewski

Wszyscy ludzie Obamy

Młodość, charyzma i aura nowości to nie jedyne, co łączy Baracka Obamę z Johnem F. Kennedym. Tak jak JFK, Obama może sprowadzić do Białego Domu najwybitniejszych przedstawicieli liberalnych elit intelektualnych swojej epoki.

Obecnego prezydenta-elekta otaczają wybitni eksperci, absolwenci i profesorowie najbardziej prestiżowych amerykańskich uczelni z Ivy League, na ogół z lewego skrzydła Partii Demokratycznej. Jednak główne role w intelektualnym zapleczu Obamy wydają się odgrywać centryści. Dotyczy to zwłaszcza doradców ekonomicznych. Wśród najważniejszych dominują zwolennicy ograniczonej tylko interwencji państwa w rynek, wolnego handlu i niskich podatków. Jeden z najbliższych doradców Obamy to Paul Volcker, były prezes Rezerwy Federalnej (1979–1987), absolwent Uniwersytetu Harvarda i London School of Economics, wykładowca na Uniwersytecie Princeton. Jako szef Fed zapisał się w pamięci zwalczeniem dwucyfrowej inflacji przez podnoszenie stóp procentowych i obroną silnego dolara. Wymienia się go jako kandydata na ministra skarbu w przyszłym gabinecie Obamy, chociaż na przeszkodzie może stanąć podeszły wiek (81 lat).

Większe szanse wydaje się mieć Lawrence Summers, profesor i były rektor Harvardu, który kierował już resortem skarbu za prezydentury Billa Clintona. Podobnie jak jego poprzednik Robert E. Rubin, Summers to zdecydowany rzecznik globalizacji i wolnego handlu. Wraz z Rubinem, którego był najpierw zastępcą, jest głównym autorem boomu gospodarczego lat 90., osiągniętego dzięki dyscyplinie fiskalnej i deregulacji. Summers (rocznik 1954), uważany za jednego z najzdolniejszych ekonomistów swego pokolenia, musiał ustąpić z funkcji rektora Harvardu, kiedy sugerował, że nikła liczba kobiet kierujących wydziałami nauk ścisłych wynika z ich genetycznych ułomności w tej dziedzinie.

Obama konsultuje się także regularnie z wyrocznią z Omaha, czyli Warrenem Buffettem. Legendarny inwestor i najbogatszy człowiek na świecie przestrzegał przed zadłużeniem i spekulacjami ryzykownymi instrumentami finansowymi i przewidział pęknięcie bańki mydlanej na rynku mieszkaniowym, która doprowadziła do krachu.

Volcker, Summers i Buffett to najsłynniejsze nazwiska, ale na co dzień prezydentowi-elektowi doradzają młodsi, mniej znani, ale równie błyskotliwi ekonomiści, przeważnie związani z Hamilton Project, centrowym think tankiem utworzonym przez Rubina w waszyngtońskim Brookings Institution.

Dyrektor zespołu ds. polityki ekonomicznej u Obamy Jason Furman był do niedawna szefem Hamilton Project. Posiada trzy dyplomy z Harvardu: licencjat nauk społecznych, magisterium z politologii i doktorat z ekonomii. Wykładał na Yale i Columbii, doradzał demokratycznym kandydatom prezydenckim, m.in. Alowi Gore’owi. Inny wunderkind to 38-letni Austan Goolsbee, absolwent i profesor Uniwersytetu Chicagowskiego i Yale, gdzie na studiach wygrał krajowy turniej w prowadzeniu dyskusji. Uchodzi za jastrzębia deficytu – przeciwnika nadmiernych wydatków budżetowych – i nieugiętego orędownika wolnego handlu. To ostatnie wpędziło go w kłopoty, kiedy wygadał się w konsulacie Kanady – co przeciekło do prasy – że Obama, mimo obietnic rewizji układu NAFTA, raczej nie zamierza tego robić. Wolnorynkowcami i przeciwnikami podwyżek podatków są także: specjalista od polityki fiskalnej, profesor Harvardu, 40-letni Jeffery Liebman oraz makroekonomista David Romer z Uniwersytetu Berkeley w Kalifornii.

W wewnętrznym kręgu doradców Obamy nie ma prawie neokeynesistów, jak tegoroczny laureat Nobla Paul Krugman czy noblista Joseph Stieglitz. Na pierwszej konferencji prasowej 7 listopada, gdzie tło prezydenta-elekta stanowił jego zespół ekonomiczny, na około dwudziestu tylko dwóch – Roberta Reicha, ministra pracy w gabinecie Clintona, oraz byłego kongresmana Davida Boniora – można było zaliczyć do progresistów. W Center for American Progress, liberalnym (w USA: lewicowym) think tanku, z grona najbliższych doradców ekonomicznych Obamy działa – poza Reichem i Boniorem – tylko Daniel Tarullo, profesor Uniwersytetu Georgetown. Kieruje on grupą ds. międzynarodowej polityki ekonomicznej i opowiada się za renegocjacją układów o wolnym handlu oraz ściślejszą regulacją banków.

Już jednak w zespole ds. ochrony środowiska przeważają eksperci umiarkowani, jak profesor prawa ekologicznego z Uniwersytetu Yale Daniel Esty, który pracował w republikańskiej administracji Busha seniora. Forsują oni rozwijanie czystych technologii i alternatywnych źródeł energii, ale we współpracy z biznesem.

Próby przypięcia Obamie etykietki kryptomarksisty nie wytrzymują krytyki. W kręgu jego przyjaciół z Chicago, z okresu gdy był organizatorem inicjatyw społecznych w murzyńskim South Side i senatorem stanowym, są tradycyjni demokraci, rzecznicy rozbudowy programów społecznych, finansowanych z podnoszonych podatków, ale w Waszyngtonie raczej nie mają oni większego wpływu na kształtowanie programów.

Liberałowie/progresiści niepokoją się, że w zespole ds. transferu władzy pierwsze skrzypce grają clintoniści, jak jego szef John Podesta i desygnowany na szefa kancelarii Rahm Emanuel. Miała być zmiana – narzekają lewicowcy, którzy uważają, że centrowa ekipa Clintona, która podpisała się pod konserwatywnym credo: „Era wielkiego rządu się skończyła” i ograniczyła opiekę społeczną, poszła na zgniły kompromis z republikanami. Obama sięgnął po Emanuela, twardego kongresmana z Chicago i byłego doradcę Clintona, aby poradzić sobie z roszczeniowo i doktrynersko nastawionymi demokratami na ...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]