POLITYKA

Poniedziałek, 18 grudnia 2017

Polityka - nr 42 (2727) z dnia 2009-10-17; s. 12-14

Temat tygodnia

Janina Paradowska

Wszystkie strony Tuska

Co oznacza odsunięcie od premiera jego najbliższych współpracowników i kolegów? Co naprawdę planuje Donald Tusk?

Premier Donald Tusk stał przed iście diabelską alternatywą – pozostawić Mariusza Kamińskiego na czele CBA i uczynić z niego gwaranta wyjaśnienia tak zwanej afery hazardowej, czy też zdymisjonować go i zgodzić się na powołanie komisji śledczej.

Rozstrzygnięcie nie dziwi. Pozostawienie Kamińskiego oznaczałoby nie tylko strach przed ewentualnym ujawnianiem strzępów różnych informacji, mających kreować obraz PO jako partii skorumpowanej. Byłoby przede wszystkim porzuceniem kardynalnej zasady, że to nie służby specjalne rządzą i wpływają na wyniki wyborów.

Po rzeszowskiej konferencji prasowej, na której szef CBA oskarżył premiera o kłamstwo, faktycznie wypowiadając mu posłuszeństwo, i dodatkowo znieważył prokuraturę, sprawa już była jasna. Kamiński musi odejść. Można nawet uznać, że to szef CBA pomógł podjąć premierowi ostateczną decyzję lub że sam o dymisję walczył, bojąc się sytuacji, w której materiałów operacyjnych nie da się przekuć w dowody, pozwalające na sformułowanie aktu oskarżenia. Zawsze lepiej poruszać się w świecie półprawd, insynuacji, sugestii, umiejscawiać kolejne osoby „w kręgu podejrzeń”, by użyć ulubionej retoryki Jarosława Kaczyńskiego, niż zmagać się z wielomiesięcznym czy nawet wieloletnim postępowaniem przygotowawczym, a potem z sądem.

Przegrupowania sił, wewnętrzne walki partyjne, zmiany taktyki i strategii są w polityce życiem – rzec można – zwyczajnym. Niezwyczajność obecnej sytuacji polega na wymuszeniu ich przez służby specjalne, jakkolwiek by bowiem sprawę w bawełnę owijać, oczywiste jest, że CBA stało się politycznym narzędziem, że ma dwóch patronów – prezydenta i PiS, a konferencja prasowa szefa tej służby była wydarzeniem bez precedensu.

Nie minęły trzy dni i po hazardowej pojawiła się afera stoczniowa, znów wedle tego samego scenariusza. Zamiast do prokuratury, jakieś zawiadomienia o możliwym zagrożeniu interesów ekonomicznych kraju płyną do najważniejszych osób w państwie i natychmiast publicznie pojawiają się przecieki, nagrania i kolejne nazwiska. Tym razem w kręgu podejrzeń ma się znajdować minister skarbu Aleksander Grad i urzędnicy z Agencji Rozwoju Przemysłu? (Komentarz s. 8). To dowód, że „CBA nie pęka” i rozpoczęło pośpieszną operację odpalania całej zgromadzonej amunicji.

Afera podtrzymująca

Dynamika zdarzeń w minionych dniach była rzeczywiście zaskakująca nawet dla tych, którzy po dwóch dymisjach (Zbigniewa Chlebowskiego i Mirosława Drzewieckiego) wiedzieli, że na tym się nie skończy, że będą następne ofiary, wymuszone bądź celowe.

Trudno zmiany kadrowe w rządzie nazwać jego rekonstrukcją. To, z jednej strony, wynik ścierających się ambicji i także, nie ma co ukrywać, intryg wewnątrz PO, co jest oczywiste, bowiem ciągle realna wizja prezydentury Tuska musi powodować napięcia i spory o przyszłe przywództwo i miejsce przy szefie. Z drugiej, mamy zapewne próbę zabezpieczenia się przed możliwymi kolejnymi „uwikłaniami”. Paweł Graś ma nie do końca wyjaśnioną sprawę wynajęcia domu pod Krakowem (wszak premier, nieprzekonany ustaleniami CBA, skierował ją do prokuratury). Pojawiały się podejrzenia, że finansowanie kampanii wyborczej w Pomorskiem nie było do końca przejrzyste i wiązano to ze spółką rodziny Sławomira Nowaka.

Donald Tusk, przyjmując walkę na polu wyznaczonym przez PiS, czyli właśnie przejrzystości, walki z korupcją, nielegalnym lub balansującym na granicy legalności lobbingiem, nie może mieć w swoim otoczeniu nikogo, kto mógłby być w jakiś sposób zahaczony. Dla trzech sekretarzy stanu z Kancelarii Premiera, którzy wracają do Sejmu, ten powrót nie jest komfortowy, ponieważ ich odejście w tym momencie naznacza ich i – chcąc nie chcąc – związuje z aferą hazardową. Dla opinii publicznej ważny jest nie powód, lecz moment odejścia. A przekaz jest prosty: były dymisje w związku z aferą hazardową.

Odejście ministra sprawiedliwości Andrzeja Czumy i tak wydawało się kwestią czasu, świadomość kadrowej pomyłki była dla premiera zapewne od dawna oczywista. Teraz znalazł się powód do w miarę eleganckiego przyjęcia dymisji, tak jak w przyszłości powodem zapewne byłoby rozdzielnie funkcji prokuratora generalnego i ministra sprawiedliwości (zwłaszcza że Sejm odrzucił prezydenckie weto otwierając drogę do takiego kroku).

Kluczowe jednak jest odejście z rządu Grzegorza Schetyny. Spekulacje na temat degradacji Schetyny, pozbycia się przez Tuska kolejnego konkurenta czy wręcz o upadku Schetyny trwają od pewnego czasu. Ich motyw przewodni jest jeden: Tusk nie lubi mocnych. Schetyna już uwierzył, że będzie premierem, a Tusk może mieć inne plany, a więc trzeba wicepremiera i ciągle sekretarza generalnego partii ściągnąć z poziomu marzeń na ziemię.

Za taką wersją są argumenty, zwłaszcza forma dymisji. Sytuacja, w której wicepremier, przyjeżdżając do telewizyjnego studia, dowiaduje się z paska na ekranie, że już ...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]