POLITYKA

Wtorek, 21 listopada 2017

Polityka - nr 6 (2995) z dnia 2015-02-04; s. 100-105

Na własne oczy

Anna Maziuk

Wyjący z wilkami

Czasem za tropem idzie się przez 20 km, często w mrozie, po śniegu, w rakietach i z ciężkim plecakiem. Są w Polsce ludzie, co tak chodzą śladami wilków. Nie żeby na nie polować, ale by je badać i chronić.

Stowarzyszeni z wilkiem. Lornetka, przypięty do paska GPS, ale najważniejszy jest instynkt, bo żeby tropić wilki, trzeba myśleć jak one. Wchodząc do lasu, Sabina Pierużek-Nowak nigdy nie szuka ich na oślep. – Patrzę na mapę, wybieram duży, zwarty fragment lasu, rozglądam się wokół i zastanawiam, gdzie, będąc wilkiem, szukałabym bezpiecznego ukrycia przed ludźmi, które miejsca bym znakowała, gdzie bym odpoczywała. Zwykle to się sprawdza.

Chętnych, żeby tak chodzić i w poszukiwaniu wilczych śladów wpatrywać się w ziemię, nie brakuje. Często przyjeżdżają z zagranicy. Tym razem z Nottingham Trent University w Wielkiej Brytanii. Studenci ochrony dzikiej przyrody uczą się, jak badać i chronić występujące w Polsce drapieżniki: niedźwiedzia, rysia, a przede wszystkim wilka. Lepiej trafić nie mogli – Sabina jest jednym z największych autorytetów, jeśli o te zwierzęta chodzi. To ona wraz ze Stowarzyszeniem dla Natury Wilk, którego jest prezeską, od lat organizuje seminaria poświęcone dużym drapieżnikom.

Przejście dla wilka. Choć sama wilczycy nie przypomina – ma niebieskie oczy, blond włosy, jest drobna i niewysoka – po lesie, po śladach wilków, zbierając ich odchody (doskonałe źródło informacji na temat diety), Sabina chodzi już ze 20 lat. Niejeden pomyślałby, że takie chodzenie to prosta sprawa. Nic podobnego. Czasem za tropem idzie się kilometrami (wilki pokonują ich dwadzieścia kilka dziennie), często w 20-stopniowym mrozie. Dlatego kiedy Sabina zaczynała, w tym męskim świecie nie traktowano jej serio. – Dla myśliwych byłam paniusią z miasta. W Beskidy przeprowadziłam się z Katowic, uważali, że tylko pozuję na terenowca – wyznaje, obracając w dłoni wilczy pazur zdobiący jej szyję.

Leśnicy zawsze uważali, że las nie jest miejscem dla kobiet, ale Sabina nie brała sobie tego do serca i robiła swoje. Obroniła doktorat z wilka. Doprowadziła do powiększenia o 100 proc. powierzchni Białowieskiego Parku Narodowego. To dzięki niej w 1998 r. wilki zostały objęte ochroną w całym kraju. Przez lata wraz z wybitnym wilczym specjalistą prof. Włodzimierzem Jędrzejewskim walczyła o budowę przejść dla zwierząt na autostradach i drogach szybkiego ruchu. Na mapie Polski samodzielnie rozrysowała wtedy przebieg planowanych dróg i sieć korytarzy ekologicznych. Wciąż cieszy się jak dziecko, kiedy gdzieś widzi nazwy, które sama im nadała. Dzięki temu mamy dziś w Polsce bardzo dużą liczbę takich przejść, a tego, jak je budować, uczą się od nas nawet zachodni sąsiedzi.

Nie taki straszny. Goście z Zachodu podczas wieczornych wykładów rzeczywiście się uczą. Drobna blondynka dopytuje, które przejścia są dla wilków lepsze – te górne czy te dolne (górne zdecydowanie). Wesoły brunet skrzętnie notuje każdą odpowiedź. Gościom marzy się, żeby u siebie wilka przywrócić. Sabina tłumaczy, że raczej nie przywrócą, bo u nich już odpowiednio dużych lasów nie ma, do tego mają wielkie, niestrzeżone obszary wypasu owiec. To głównie ona podczas wykładów opowiada o wilczym behawiorze. I udowadnia, że nie taki wilk straszny, jak go malują. A przyznać trzeba, że od wieków malują nie najlepiej. Już Józef Chełmoński i Alfred Wierusz-Kowalski na płótnach utrwalali ataki krwiożerczych bestii na sanie czy całe zaprzęgi. – Lękiem karmiła nas także literatura, nawet bajki, choćby ta słynna o Czerwonym Kapturku – mówi Sabina.

W poprawie reputacji króla lasu nie pomogły też pierwsze badania nad zachowaniami tych drapieżników, prowadzone w ogrodach zoologicznych. Panujące tam zależności Sabina porównuje do tych w ludzkich więzieniach. – Trafiały tam stłoczone w jednej wolierze przypadkowe, obce sobie osobniki, nic dziwnego, że walczyły o dominację. W naturze wygląda to inaczej. Spotyka się para wilków, mają szczenięta, wspólnie je wychowują, powstaje grupa rodzinna. Potem starsze rodzeństwo pomaga w opiece nad młodszym. – Konflikty oczywiście się zdarzają, jak to w rodzinie – tłumaczy Sabina, która o wilkach potrafi opowiadać tak, jakby mówiła o ludziach. – Czasem na przykład dorastający syn pokłóci się z ojcem. Kiedy młody wilk postanawia założyć własną rodzinę, potrafi przebyć tysiące kilometrów w poszukiwaniu partnera czy partnerki i wolnego terytorium.

Wytchnienie w watahach. To właśnie przestrzeń, i to duża, jest tym, czego wilkom najbardziej potrzeba. Terytorium jednej grupy rodzinnej to średnio 250 km kw. Dlatego z wilczej perspektywy problemem jest fragmentacja lasów, budowa dróg, stała urbanizacja. I kłusownictwo, bo niektórzy wciąż na wilki nielegalnie polują. I choć dziś, 17 lat po objęciu ich ochroną gatunkową, mamy w Polsce blisko 1 tys. osobników żyjących w ok. 160 watahach, to biorąc pod uwagę dostępne siedliska, mogłoby ich być znacznie więcej. I tak dziw bierze, że wilkom udało się przetrwać XX w. – do połowy lat 70. traktowano je jak szkodniki i tępiono niemiłosiernie.

Wypł...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]