POLITYKA

Poniedziałek, 19 sierpnia 2019

Polityka - nr 40 (2265) z dnia 2000-09-30; s. 3-8

Raport

Mirosław PęczakMariusz CzubajIwona Kochanowska  [wsp.]Justyna Kapecka  [wsp.]

Wysokie progi

„Warszawa jest obrzydliwa, ale nie mieszkać w niej to strata czasu”

Przed wojną nazywana nieco przesadnie Paryżem Wschodu, dziś jest witryną nowego polskiego kapitalizmu. Dla przybysza z prowincji wydaje się przyczółkiem zupełnie innej cywilizacji. Edenem, do którego ściąga każdy, kto marzy o zrobieniu kariery. Wyspą dobrobytu, przy której warto się zakotwiczyć choćby na parę dni. Kiedyś przez długie lata była miastem administracyjnie zamkniętym, a przecież bez mała wszyscy jej mieszkańcy to przyjezdni. Nie jedyny to paradoks Warszawy. Dziś osiedlić się tu może każdy. Teoretycznie, bo Warszawa dzisiejsza dla wielu ma zbyt wysokie progi. Otacza się coraz wyższymi murami. Zamykają one postronnym dostęp do ekskluzywnych osiedli, wysokie ceny skutecznie selekcjonują chętnych do korzystania z rozlicznych atrakcji handlowych i rozrywkowych. Warszawa uśmiecha się tylko do wybrańców losu. Tyle że jest to fałszywy, bo interesowny uśmiech bardzo drogiej kurtyzany. To dziwne miasto jest areną żarłocznego wyścigu karier i namiętnej walki o lokalną władzę, której kolejny etap właśnie się rozgrywa.

W latach 80. w amerykańskim magazynie „Rolling Stone” ukazał się reportaż o Warszawie. Jego autor porównał naszą stolicę do gigantycznej poczekalni dworcowej. Pisał: „to miasto sprawia wrażenie, jakby jedni zamierzali stąd szybko wyjechać, a inni właśnie przyjechali”. Dla ówczesnych mieszkańców Warszawy ten błyskotliwy szlagwort nie mógł być chyba zbyt zrozumiały, głównie dlatego, że wtedy prawie wszyscy tu tkwili w apatycznym bezruchu, tak zresztą jak i reszta Polski. Słowa amerykańskiego dziennikarza wydają się za to o wiele bardziej aktualne dziś, potwierdzają je statystyki. Co dzień w Warszawie 33 osoby postanawiają osiedlić się na stałe, ale 29 stąd na stałe wyjeżdża. 3372 osoby śpią w hotelach.

We wczesnych latach 70. nowo zbudowane warszawskie osiedla z wielkiej płyty mieszkańcy „starych dzielnic” chętnie przezywali Chamowami. Wzięło się to stąd, że w nowych blokowiskach na Pradze, Bielanach i obrzeżach Mokotowa dużą pulę mieszkań służbowych przeznaczano dla ludzi przybyłych spoza stolicy. Obowiązywało rozporządzenie Rady Ministrów, utrudniające zameldowanie się na pobyt stały w Warszawie ...