POLITYKA

Poniedziałek, 18 grudnia 2017

Polityka - nr 25 (2710) z dnia 2009-06-20; s. 66-67

Nauka

Piotr Majewski

Z nosem w kosmosie

Rozmowa z Edwardem Bowellem, astronomem z Lovell Observatory w Arizonie, odkrywcą planetoid i komet

Piotr Majewski: – Czy w pogodne noce rozgląda się pan, z której konstelacji nadleci kosmiczny pocisk?

Edward Bowell: – Przede wszystkim zachwycam się pięknem nieba. Nie myślę nawet jak astronom, że oto widzę tysiące gazowych kul spalających się w reakcjach termonuklearnych, a pomiędzy nimi krążą miliony niewidocznych gołym okiem skalistych okruchów. I nie boję się, że któryś z nich spadnie mi na głowę. Mam bowiem świadomość, iż podróż do innego miasta czy kraju jest statystycznie bardziej niebezpieczna niż zagrożenie ze strony wszystkich planetoid, które odkryłem.

Badając planetoidy musi pan coś wiedzieć o końcu świata?

Nauka o Wszechświecie opiera się na obserwacjach i teoretycznych rozważaniach. Śledzenie np. aktywności Słońca daje nam wiedzę o jego zachowaniu, któremu możemy się tylko przyglądać i nic więcej. Jeżeli natomiast wykryjemy planetoidę na kursie kolizyjnym z Ziemią, mamy szansę uniknąć kosmicznej katastrofy, a przynajmniej zminimalizować jej skutki.

W dziejach naszej planety takie zderzenia miały miejsce, zatem będą też w przyszłości.

Jeżeli czekalibyśmy z założonymi rękami i nie robili niczego, co pomaga nam wykryć niebezpieczeństwo, w końcu spotkalibyśmy się z kosmicznym przeznaczeniem w błogiej nieświadomości. Oczywiście, obecnie nie ma powodów do paniki, a nawet nadmiernego niepokoju. Przypuszczam, że katastrofa o znaczących dla nas skutkach nie nastąpi wcześniej niż za milion lat, trudno jednak i wówczas zakładać całkowitą zagładę ludzkości. Owszem, to są tylko wyliczenia statystyczne, ale człowiek istnieje na Ziemi dłużej i ma się całkiem dobrze.

Zderzenia o mniejszym zasięgu – powiedzmy mogące zniszczyć duże miasto – zdarzają się średnio raz na tysiąc lat. W tę statystykę wpisuje się katastrofa tunguska z 30 czerwca 1908 r. Nie był to klasyczny upadek meteorytu, lecz raczej eksplozja niewielkiej planetoidy lub ciała typu kometarnego 8 km nad ziemią. Nikt wtedy nie ucierpiał – w każdym razie nic nie wiadomo na ten temat – gdyż wybuch nastąpił nad syberyjską tajgą, ale jego skutki były obserwowane na całym świecie.

Kosmiczne zderzenie od dawna należy do kanonu medialnych sensacji. Padają różne daty – 2012, 2029 r. Która jest prawdopodobna?

W połowie kwietnia 2029 r. przemknie obok nas, w odległości mniejszej niż droga do Księżyca, planetoida Apophis o prawie 300-metrowej średnicy. Znamy wiele podobnych skalno-lodowych brył krążących w pobliżu Ziemi, ale mogę zapewnić, że w tym stuleciu żadna z nich nie znajdzie się na kursie kolizyjnym z naszą planetą. Bardziej interesują nas zatem te, których trajektorii jeszcze nie zdążyliśmy poznać. Oceniam, iż w bliskim sąsiedztwie znajduje się ok. 10 proc. dużych planetoid klasy NEO (ang. Near Earth Objects), czekających na odkrycie (w bazie NASA figuruje już ponad 6 tys. takich obiektów – przyp. red.). Mówiąc dużych, mam na myśli średnicę ok. 1 km. Spodziewam się, że znajdziemy je i skatalogujemy w ciągu najbliższej dekady, a wtedy będziemy mogli odetchnąć z ulgą – przynajmniej na 100 lat.

Krótko po odkryciu Apophisa w 2004 r. zawrzało od apokaliptycznych zapowiedzi zagłady. Czy dziś, wiedząc o możliwości zderzenia z planetoidą, moglibyśmy uniknąć takiej katastrofy?

Nie całkiem. W mojej ocenie, wiedząc, gdzie planetoida uderzy, można by przeprowadzić ogromną akcję ewakuacyjną z zagrożonych obszarów. Upadając na Ziemię z prędkością 20 km/s Apophis wybiłby 20-kilometrowy krater. To oznacza wyrzucenie w powietrze ogromnych ilości pyłów, które przesłoniłyby światło słoneczne. To samo robią wulkany, ale na mniejszą skalę.

Bylibyśmy skazani na efekt nuklearnej zimy?

Niekoniecznie. Jeżeli planetoida spadałby do oceanu, w górę poleciałyby gigantyczne ilości wody, która częściowo wyparowałaby pod wpływem ogromnej energii zderzenia. Ale pojawiłby się inny problem: fale tsunami, które spustoszyłyby wybrzeża w rejonie katastrofy. Do 2029 r. mamy sporo czasu. Prowadzimy coraz dokładniejsze obserwacje Apophisa, dzięki czemu moglibyśmy równie precyzyjnie oznaczyć obszar jego upadku. Paradoksalnie, uderzenie w twardy grunt byłoby mniej bolesne od wodowania planetoidy. Akcja ewakuacyjna mogłaby się ograniczyć do obszaru średniego europejskiego państwa. Zaś tsunami rodziłoby konieczność przeniesienia ludności z tysięcy kilometrów wybrzeży w głąb lądu. W praktyce oznaczałoby to zagładę takich miast jak Nowy Jork, Londyn lub Szanghaj – w zależności od miejsca upadku Apophisa.

Co by było, gdyby okazało się, że odkryliście dziś kosmiczny pocisk, który uderzy w Ziemię za trzy miesiące. Można coś zrobić w tak krótkim czasie?

W zasadzie to samo, co za 20 lat, czyli podjąć próbę ewakuacji ludzi z&...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]

Prof. Edward Bowell jest zaliczany do grona najwybitniejszych znawców i badaczy drobnych ciał Układu Słonecznego. Odkrył blisko 600 planetoid i dwie komety. Był twórcą programu LONEOS, którego celem było wykrywanie planetoid w bliskim sąsiedztwie Ziemi. W 2008 r. jedna z odkrytych przez Bowella planetoid otrzymała nazwę Toruń. Jest to obiekt wielkości kilku kilometrów, okrążający Słońce między orbitami Marsa a Jowisza. W ramach inauguracji polskich obchodów Międzynarodowego Roku Astronomii, odsłonięto w Toruniu pomnik planetoidy (na fot. poniżej).