POLITYKA

Sobota, 16 grudnia 2017

Polityka - nr 19 (2192) z dnia 1999-05-08; s. 100-104

Na własne oczy

Ryszarda Socha

Z życia burych misiów

To miejsce na Kaszubach nazywa się Osadą Burego Misia. Mieszka tu dziewięć misiów, pięć niedźwiedzi i ksiądz, przez jednych uwielbiany, przez innych traktowany jako dziwak. Bo też po co ludziom jego bure misie? I po co zwierzęta, dzięki którym bure misie czują się po ludzku? Grażyna i Lodzia mają psy i dwa strusie emu. Adam konie i lamę. Ewa świnki wietnamskie brzuchate. Roman i Jacek kury jedwabiste, kury miniaturki, perliczki, pawie oraz bażanty. Wikuś nie ma żadnego zwierzątka, bo nie podołałby. A Eli na wizytówce ksiądz dał wydrukować: "hodowca mamrotek", bo Ela stale coś mamrocze pod nosem. Trafiła do osady w październiku ubiegłego roku, po śmierci mamy i na razie jeszcze nie bardzo wiadomo, czego się po niej spodziewać. Jest zamknięta, trudna w kontaktach. Ale kto wie, może wkrótce i ona zostanie hodowcą czegoś bardziej konkretnego niż mamrotki?

Najmłodszy bury miś Adaś ma lat 21, najstarszy Roman - 47. Kiedy ksiądz Czesław Marchewicz, zwany przez przyjaciół Kubą, pojechał odwiedzić swoją siostrę mieszkającą w Niemczech, Roman zażyczył sobie na prezent gadającego misia. Łatwiejsze do zaspokojenia są oczekiwania Lodzi. Wciąż ją fascynują kinder-niespodzianki. Półki w pokoju ma zastawione setkami miniaturowych zabawek wydobytych z wnętrza czekoladowych jaj. Spośród całej dziewiątki misiów, tylko Lodzia i Adam w pełni posiedli ludzką umiejętność czytania i rozumienia sensu. U reszty z jednym i drugim bywa różnie.

Nietypowym misiem jest 40-letni Benio. Jego całkowicie sprawny umysł został uwięziony w kalekim ciele, od najmłodszych lat przykutym do wózka. Pokój Benia wypełniają konie - na fotografiach, na obrazkach.

- Moja miłość - mówi wodząc po nich wzrokiem. Łeb gniadosza z białą strzałką zdobi także wizytówkę, na której pod nazwiskiem Benia widnieje informacja "zawładający końmi". Benio urodził się w Mosznej, gdzie jest stadnina. Jego ojciec jeździł konno, a on żył wciśnięty w kąt.

- Rodzina wstydziła się mnie pokazać - konstatuje.

Trzeba uważnie słuchać, chcąc Benia zrozumieć. Dopiero siedem lat temu w domu pomocy społecznej kolega zaczął go uczyć mówić. Ludzie tamtejsi dziwili się, po co Benkowi ta nauka, skoro nie umie sam pójść do ubikacji. Głowa Benia wykonuje nieskoordynowane ruchy. Im większe wewnętrzne napięcie, tym mniej wyraźna wypowiedź. A porównanie życia w domu pomocy społecznej w Opolu z życiem w Osadzie Burego Misia w Nowym Klinczu porusza go niezmiernie głęboko. Chwilami potrzebny jest tłumacz oswojony z Benia wymową. - Tutaj jest prawdziwy dom. A nigdy nie miałem prawdziwego domu. Tutaj jestem prawdziwym człowiekiem. Tam nie byłem, bo gdy chciałem do ubikacji, trzy godziny musiałem czekać. Obiadu nie mogłem spokojnie zjeść, bo wypadało po trzy minuty na osobę. Kąpanie było tylko raz w tygodniu. Tu zawsze jest jakiś niedźwiedź lub miś, który pomoże.

Pod opieką pomocy społecznej przeżył osiem lat, po tym, jak jego mama umarła, a brat zginął w wypadku samochodowym. Ma wprawdzie jeszcze jednego brata, ale ten go nie akceptuje. - Nie można mu wytłumaczyć, że jestem niepełnosprawny, ale nie głupi.

Odskocznią od codzienności w domu pomocy były dla Benia doroczne obozy burych misiów, organizowane przez księdza Kubę. Aż kiedyś spotkało go szczęście - pracownicy domu pomocy nie odebrali go z dworca. Siedział tam na swoim wózku, czekał, czekał... I dzięki temu opuszczeniu trafił do osady.

Przebudzenie niedźwiedzia

Przy wspólnym stole, podjadłszy placków ziemniaczanych z gulaszem, bure misie powtarzają chórem: - Dziękujemy Ci, Panie Jezusku, za to, co mamy w brzuszku. Są też okazje, kiedy modlą się inaczej, bardziej podniośle i dramatycznie:

- Dziękuję Ci, Panie Boże za to, żeś mnie stworzył, za to, że obdarzyłeś godnością człowieka, choć nie wiem, po co. Ale ufam Twojej mądrości...

- Można rozmawiać z kimś i nie słuchać. Można patrzeć na kogoś i go nie widzieć. To nieszczęście naszej cywilizacji - mówi ksiądz Czesław Marchewicz. On też kiedyś patrzył, a nie widział.

Także w Kościele niepełnosprawni bywają spychani w niebyt, zwłaszcza ci z upośledzeniem umysłowym. Mało się przejmowano, na przykład, ich przygotowaniem do pierwszej komunii, uznając z góry, że szkoda wysiłku, bo i bez tego będą zbawieni. Chyba że komuś z rodziców bardzo zależało, to podejmował starania. W 1983 r. ksiądz Kuba, wtedy jeszcze diakon, w wolnym czasie przystąpił do katechizacji grupki upośledzonych. W tzw. kręgach Małkowskiego (obecnie Ruch Harcerski Odrodzonej Rzeczypospolitej) mówiono na niego "Bury Niedźwiedź". Utrzymywał z tym środowiskiem bliskie kontakty. Przyszedł mu do głowy pomysł, aby upośledzone dzieci oddać pod opiekę harcerzy wolontariuszy. Zorganizował latem Obóz Burego Misia w swoich rodzinnych stronach niedaleko Kościerzyny.

- Nie przyszło mi do głowy, że moi upośledzeni przyjaciele mieliby być burymi misiami - wspomina. - Chodziło o zbudowanie wokół tej nazwy obozowej obrzędowości. Jednak któregoś wieczoru przypadkiem usłyszał rozmowę dwóch podopiecznych: "Ty jesteś burym misiem, dlaczego nie chcesz słuchać burego niedźwiedzia". Tak się ukształtowała terminologia wspólnoty: bure misie - niepełnosprawni, bure niedźwiedzie - ich młodzi opiekunowie. Spotykają się, przyjaźnią ze sobą i raz do roku uczestniczą w obozach. Obecnie pięć lokalnych wspólnot powstałych w parafiach, gdzie ksiądz Marchewicz pracował, skupia ponad pięćset burych misiów. Wraz z rodzicami i burymi niedźwiedziami tworzą ...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]