POLITYKA

Sobota, 25 listopada 2017

Polityka - nr 38 (3077) z dnia 2016-09-14; s. 44-46

Świat

Marek Ostrowski

Za marni na Marine?

Kandydaci na prezydenta Francji nie dzielą się na konserwatystów i socjalistów, ale na tych, którzy będą w stanie pokonać liderkę Frontu Narodowego, i na tych bez szans.

Przez długie lata podział lewica–prawica był osią francuskiej polityki, przecież nawet same pojęcia narodziły się we Francji. Dziś wszystko się zamazuje. Partia Socjalistyczna, nawet jak wprowadza posunięcia tradycyjnie lewicowe, to albo musi szybko je odwracać, jak za początków prezydenta François Mitterranda, albo jak teraz za François Hollande’a ulega tak krytykowanemu liberalizmowi gospodarczemu. Prawica z kolei zwykle podtrzymuje rozwiązania socjalne czy związkowe, które forsowali socjaliści. Tak więc mało kto wierzy w jakieś programy. Zresztą nie wierzą w nie nawet politycy, którzy je napisali. Rozpoczęta właśnie kampania przed wiosennymi wyborami prezydenckimi – w większym niż kiedykolwiek stopniu – będzie się więc opierać na personaliach i wizerunku.

Szlauchem po ulicach. „Na końcu będzie jakiś trup” – tak przed rokiem sprawę karną przeciw byłemu prezydentowi Nicolasowi Sarkozy’emu komentowano na francuskiej prawicy. Chodzi o tzw. aferę Bygmalion, od nazwy ogromnej firmy reklamowej, poprzez którą w toku poprzedniej kampanii prezydenckiej dawna partia Sarkozy’ego (UMP), dzięki fałszywym fakturom, miała pozyskiwać fundusze niewykazane w rozliczeniach. Czy więc na koniec tym trupem będzie Sarkozy? Wątpliwe.

Sarkozy, prezydent z lat 2007–12, próbuje odwrócić swoją fortunę i dokonać wyczynu dotąd we Francji niespotykanego: wrócić do władzy po porażce i pięcioletniej przerwie. Po przegranej w 2012 r. oświadczył, że wycofuje się z życia politycznego. W partii rywalizowano o schedę po nim, na czoło wysunęli się skłóceni Jean-François Copé, sekretarz generalny, i były premier François Fillon. Ale Sarkozy długo nie wytrzymał poza boiskiem, wrócił po trzech latach, odzyskał partię, zmieniając jej nazwę na Republikanów.

To uzurpatorska nazwa, bo we Francji przysługująca raczej lewicującym propaństwowcom. Miała jednak podkreślać nowy start na prawicy. Copé i Fillon pogodzili się z powrotem Sarkozy’ego na stanowisko szefa partii, ale nie zamierzają mu ustępować w prawyborach prezydenckich. Nie oni są jednak zagrożeniem dla Sarko, a dawna gwiazda, 71-letni Alain Juppé, mer Bordeaux, premier Francji w latach 1995–97, za prezydentury Jacques’a Chiraca, którego zresztą był długoletnim współpracownikiem. Potem jeszcze był ministrem kilku resortów za Sarkozy’ego.

Kariera Juppé została przerwana na siedem lat, gdyż został pozbawiony prawa piastowania urzędów wyrokiem sądu za fikcyjne zatrudnianie w merostwie Paryża urzędników, którzy w istocie pracowali w aparacie partyjnym. Za to samo skazano byłego prezydenta Chiraca, tyle że dużo później, ze względu na immunitet w okresie prezydentury. Gdyby nie ta przerwa, Juppé zapewne byłby prezydentem zamiast Sarkozy’ego.

Swoje ambicje powrotu – i to mimo silnego elektoratu negatywnego – Sarkozy zaznaczył nową książką pod wymownym tytułem „Tout pour la France” (Wszystko dla Francji), w której objaśnia, że musiał wrócić, bo kraj go potrzebuje, tak jak potrzebował powrotu bohaterskiego Charles’a de Gaulle’a w 1958 r. Z tego bezlitośnie szydzi Fillon, pytając: Czy można sobie wyobrazić de Gaulle’a ściganego za machlojki? Ale Sarkozy chyba już zdołał narzucić temat wyborów: bezpieczeństwo i tożsamość Francuzów. Inni kandydaci będą zmuszeni raczej do reagowania na jego hasła.

Sarkozy, który jako prezydent chciał „szlauchem czyścić ulice”, nawiązuje teraz do swego dawnego wizerunku dzielnego szeryfa. „Między 2002 i 2011, kiedy odpowiadałem za bezpieczeństwo Francuzów (Sarko dolicza tu do prezydentury wcześniejsze szefowanie MSW), nie było ani jednego zamachu we Francji” – powiedział. To argument demagogiczny, gdyż po zamachu w Tuluzie w 2012 r. wyszły na jaw ogromne braki kadrowe w aparacie bezpieczeństwa. Zresztą sytuacja międzynarodowa bardzo się zmieniła po utworzeniu tzw. Państwa Islamskiego.

Trzeba strażaków, nie podpalaczy. Tak czy inaczej po stronie prawicy wszystko rozegra się między Juppé a Sarkozym. Aż trudno o większe różnice w języku i wizerunku. Sarko bije w bęben niczym Trump w USA, chce „przywrócić Francji dumę”, podręczniki szkolne „mają wzbudzać miłość do kraju, a nie poczucie winy”. Sarko chce rywalizować o elektorat Frontu Narodowego, Juppé – nie, bo ma wystarczające dotąd poparcie. Raczej będzie się starał forsować tematy gospodarcze, jako że bilans Sarkozy’ego na tym polu jest mizerny. Język Juppé jednoczy i uspokaja, Sarko – nazywany dawniej wulkanem energii – niepokoi i jątrzy. – Imigracja i islam warte są debaty, ale Francji trzeba strażaków, a nie podpalaczy – mówi znana komentatorka „Le Monde” Sylvie Kauffmann.

Sarkozy mówi także o przywróceniu autorytetu i dyscypliny społecznej, ale nie wskazuje, jak chciałby to zrobić. – Zresztą, jak burżuazja francuska, najbardziej chciwa, egoistyczna i nieodpowiedzialna, może nawoływać do przestrzegania reguł? – pyta autor i reporter Phillipe Meyer. Juppé nawiązuje raczej do tradycji gaullistowskiej, odpowiedzialności ...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]