POLITYKA

Poniedziałek, 19 sierpnia 2019

Polityka - nr 1 (2279) z dnia 2001-01-06; s. 56-57

Kultura

Jacek Sieradzki

Za prosta historia?

Głuche „Requiem” Myśliwskiego w Narodowym

Dzieło sztuki, żeby zaistniało dziś w świadomości odbiorców i komentatorów, musi mieć podpórkę. Podpórką może być młodość twórcy, najlepiej połączona z podważaniem całego dotychczasowego dorobku ludzkości w danej dziedzinie. Albo przeciwnie – tak ugruntowana pozycja, że nikt nie odważy się skrzywić. Albo „kultowość” – najczęściej forsownie wykreowana. Albo wpisanie się w modne ciągi skojarzeń, szansa na popisowe komentarze krytyków. Jeśli nie dysponujesz tą lub podobną podpórką, lepiej idź od razu, bracie, na spacer. Nie pchaj się na targ.

Ze wzrastającym zdumieniem tuż przed prapremierą „Requiem dla gospodyni” czytałem w prasie zapowiedzi: jak na komendę w każdej pojawiało się skojarzenie z „Weselem”. Niekiedy rozbudowane w całe mistyczne sekwencje: „Wesele” – pisano – rozpoczęło XX wiek, a „Requiem” wieńczy stulecie. Tajemnica gremialności tych skojarzeń wkrótce się wydała: zostały one podsuflowane na konferencji prasowej w Narodowym. Aliści tylko niektórzy piszący mieli w gazetach dość miejsca, by zacytować wypowiedź samego autora. Wiesław Myśliwski oświadczał, iż słucha tych opinii z zaciekawieniem, niemniej sam nie miał był ambicji wpisywania się w tradycję Wyspiańskiego. Napisał skromną opowieść o tym, że umarł człowiek i wypadałoby go pożegnać, ale współcześni nie potrafią odnieść się w sposób właściwy ani do śmierci, ani do życia. Ot i wszystko.

Mało? Parę miesięcy temu w innym miejscu Polski byłem świadkiem podobnego podbijania bębenka. Autor skonstruował obyczajowy komediodramat o grupie ludzi pielgrzymujących po chrześcijańskich sanktuariach Europy. Teatr, który prapremierę realizował, wymógł ...