POLITYKA

Sobota, 23 lutego 2019

Polityka - nr 25 (3064) z dnia 2016-06-15; s. 26-28

Społeczeństwo

Michał Szczęch

Za spuszczonymi żaluzjami

17 maja 2016 r. Jacek L. usłyszał wyrok dożywocia. Zarzut: zamordowanie żony.

Dom. Otaczały go tuje i wysoki płot, gęsty jak żaden w okolicy. Trzeba by drabiny albo szczudeł, żeby zajrzeć do okien. Choć stał już kilka lat, to wszystko w nim było nowe, jakby się meblowali co miesiąc. Puste szafki. Brak osobistych rzeczy. Idealny porządek. Wypielęgnowany ogród. Niewielki basen. Na stole kolacja. Na tarasie kawałek ucha...

Prokurator: – System ucieczek opanowali do perfekcji. Przez okno na dach drewutni, później przez płot na ulicę. W pięć minut potrafiła spakować siebie, syna i psa. Niekiedy jechali do jej rodziców. Częściej jednak chowali się w krzakach przy polnej drodze. Miesiącami zastanawiałam się, co to była za rodzina.

Jacek. Metr dziewięćdziesiąt i sto kilo wagi. Blizna na przedramieniu i na palcu dłoni. Mówili na niego Rusek. Miły na co dzień, przy ludziach (nawet kawę potrafił podać), ale bestia, gdy wypił. W dzieciństwie bity przez ojca. Po latach potrafił mu oddać. Skończył podstawówkę. Prowadził firmę budowlaną.

Elżbieta.