POLITYKA

Niedziela, 16 czerwca 2019

Polityka - nr 10 (3151) z dnia 2018-03-07; s. 30-32

Społeczeństwo

Joanna Cieśla

Zabawieni

Kilogramy klocków, wagony pluszaków, armie mówiących lalek, hałdy plastikowych samochodów. Wciąż znajdujemy okazje do zarzucania dzieci zabawkami. Tylko po co?

Iwona, redaktorka w wydawnictwie naukowym: – Na drugie urodziny syna przyjaciół przyszliśmy z dwiema ładnie wydanymi książeczkami za kilkadziesiąt złotych. Okazało się, że rodzice jubilata przewidzieli prezenty dla dzieci-gości, żeby im się nie nudziło. Córka dostała Barbie na jednorożcu, a syn – dużego nerfa; każda zabawka o wartości grubo powyżej stówy. Iwona przyznaje, że był to swoisty rekord. Ale normą stało się, że na zwykłą weekendową kolację większość znajomych niezmordowanie przynosi upominki dla dzieci – drogie puzzle, zestawy klocków: – To krępujące i zobowiązujące. Nie jesteśmy ubodzy, ale nie stać nas, aby w rewanżu wciąż kupować podobne zabawki, a nasze dzieci aż tylu rzeczy nie potrzebują. Ich wspólny pokój ma 13 m kw. Regały są wypełnione po sufit. Były próby rozmów na ten temat, apele, ale bez odzewu.

Obustronne upominki dla dzieci stały się niezbywalnym elementem każdego spotkania. Producenci i sprzedawcy zabawek mają się dobrze, rynek od lat rośnie. Paweł Szmidt z ...