POLITYKA

środa, 26 czerwca 2019

Polityka - nr 4 (2229) z dnia 2000-01-22; s. 78

Społeczeństwo / Obyczaje

Ryszarda Socha

Zakaz nurkowania

Czy wraki na dnie Bałtyku to cmentarze?

Administracja morska za pośrednictwem MSZ chce zwrócić się do władz niemieckich o ochronę szczątków promu „Jan Heweliusz” przed wyprawami miłośników podwodnych wrażeń. Rozgłos sprawie nadał Jerzy Janczukowicz, prezes Gdańskiego Klubu Płetwonurków Rekin, opowiadając, jak to Niemcy raczą się trunkami wydobytymi z pomieszczeń sklepu wolnocłowego, który zatonął wraz z promem 14 stycznia 1993 r.

Mówiono o profanacji, o bezczeszczeniu pamięci ofiar katastrofy. „Cmentarz czy supermarket?” – pytały lokalne gazety, choć zapasy w sklepie wolnocłowym wieczne nie są i od stycznia 1993 r. niewątpliwie uległy wyczerpaniu. Cały ten zainspirowany przez polskiego płetwonurka szum wokół „Heweliusza” sprawia wrażenie próby odwetu za wrak „Wilhelma Gustloffa”, obiekt westchnień wielu polskich i niepolskich miłośników nurkowania. Statek ten wypłynął z Gdyni 30 stycznia 1945 r., maksymalnie załadowany – ludnością cywilną uciekającą z Prus Wschodnich i wojskiem niemieckim. Storpedowany przez radziecki okręt podwodny, „Gustloff” spoczął na głębokości ok. 45 metrów, 20 mil na północ od latarni morskiej w Stilo koło Łeby. Uratowało się około 900 osób. Liczbę ofiar szacuje się na 5400, a może i więcej.

Zatopienie „Gustloffa” uchodzi za największy morski dramat w dziejach żeglugi światowej. Natomiast dla poszukiwaczy podwodnych skarbów jego wrak stanowi atrakcję porównywalną z „Titanikiem”. Ten ostatni jednak leży na głębokości ponad 3 tys. metrów, co czyni go niezwykle trudno dostępnym. „Gustloffowi”, podobnie ...