POLITYKA

Czwartek, 23 listopada 2017

Polityka - nr 5 (5) z dnia 2016-05-11; Ja My Oni. Poradnik Psychologiczny Polityki. Tom 22. Dusza i ciało; s. 40-42

Piękno i seks

Magdalena Strzałkowska

Zapach człowieka

Dlaczego robimy wszystko, żeby pachnieć chemią

Na naturalny zapach ludzkiego ciała składa się wiele woni. Inaczej pachną dłonie i stopy, inaczej włosy i skóra głowy, inaczej genitalia, pachy, oddech. Z biologicznego punktu widzenia osobnicza woń jest czymś niesłychanie cennym. Zapach, szczególnie potu, jest bogatym nośnikiem informacji genetycznych, stanowi niepowtarzalną wizytówkę, w którą każdego wyposażyła natura. Pozwala rozpoznać jednostki należące do rodziny czy grupy, a więc odróżnić wrogów od przyjaciół. Pomaga w doborze partnerów seksualnych, informując, czy mieszanka ich genów stworzy wartościowe potomstwo. Informuje o zdrowiu lub chorobie człowieka, płodności, a nawet stanie psychicznym i emocjonalnym. A jednak, zamiast korzystać z tego subtelnego systemu znaków, tzw. cywilizowani ludzie robią wszystko, żeby stał się on nieczytelny.

Używają środków higieny niemal obsesyjnie, nie zważając na ostrzeżenia lekarzy, którzy alarmują, że wyjaławianie naskórka pozbawia skórę dobrotliwych szczepów bakterii, zmienia jej PH i naraża na inwazję grzybów i alergenów. Poddają ciało licznym zabiegom, które mają sprawić, że będzie wydzielać jedynie zapach uznany przez nowoczesność za pożądany: ten stworzony w laboratorium.

Podstawowa przyczyna, dla której nie jesteśmy dumni z naszej biologicznej wizytówki, jest prozaiczna – nasz zapach przyciąga nie tylko atrakcyjne osobniki płci przeciwnej, ale przede wszystkim bakterie. Wydzieliny gruczołów łojowych i potowych są dla nich świetną pożywką. To właśnie one sprawiają, że niemyte ciało wydziela odpychający zapach, określany dosadnie jako odór, fetor lub smród.

Wrażliwość na ludzkie zapachy jest do pewnego stopnia kwestią przyzwyczajenia. Zmysł powonienia wykształcił mechanizmy obronne, które chronią nas przed nadmiarem odbieranych wrażeń. Jeśli jesteśmy zbyt natrętnie atakowani jakimś zapachowym bodźcem, po prostu przestajemy go czuć. Jednak zapachowa wyrozumiałość ma swoje granice. Ludzie, zwłaszcza ci z uprzywilejowanych warstw społecznych, usiłują więc wyeliminować, a przynajmniej stłumić swój przykry zapach od dawien dawna. Robią to z mniejszym lub większym zapałem, w zależności od obowiązujących w danej epoce religii, systemów filozoficznych i poglądów naukowych. Historia higieny jest zatem historią stosunku człowieka do własnego ciała.

Przyjemność kąpieli kontra woń świętości

Starożytni cenili sprawność fizyczną na równi z umysłową i uważali – podobnie zresztą, jak my dzisiaj – że ciało i psychika są sprzężone. Grecy ćwiczyli długie godziny w gimnazjonach, a później oczyszczali się dokładnie za pomocą oliwy, piasku i skrobaczki, a także zimnej wody. Kąpiel była dla nich codziennością, ale do rangi rytuału wynieśli ją dopiero Rzymianie. Łaźnie zostały wyposażone nie tylko w baseny z gorącą i zimną wodą, ale także w boiska do ćwiczeń, ogrody, a nawet biblioteki i lupanary, co świadczy o tym, że żadna z ludzkich potrzeb nie wydawała się ich użytkownikom mniej ważna od pozostałych. Dbałość o higienę uważano za cnotę towarzyską i przejaw kultury, a słowo lautus – umyty, wykąpany – szybko zaczęło oznaczać również elegancki i wytworny.

Średniowiecze odziedziczyło po antyku system łaźni, ale już nie potrzebę ich używania. Początkowo władze kościelne nie zabraniały kąpieli wprost, ostrzegały tylko, żeby nie czerpać z nich przyjemności i przed wejściem do łaźni czynić znak krzyża. Jednak nieufność wobec ciała rosła, krytyka kąpieli przybierała na sile, i chrześcijaństwo wkrótce doszło do wniosku, że najpobożniej jest nie myć się w ogóle. Zdarzali się tacy, jak św. Agnieszka, którzy chlubili się tym, że nie mieli kontaktu z wodą przez całe życie. Odór, jaki roztaczały te niemyte ciała, musiał być potężny, noszono go jednak dumnie i określano jako „woń świętości”.

Z czasem, kiedy system feudalny w Europie okrzepł, ustały najazdy barbarzyńców i życie stało się spokojniejsze, rozkwitła kultura dworska, a wraz z nią system dobrych obyczajów. Na powrót uznano, że myć się jednak wypada, choć z początku wchodziły w grę głównie twarz i dłonie. Wkrótce krzyżowcy wracający z Ziemi Świętej zaczęli opowiadać o wspaniałej instytucji, z jaką się tam zetknęli – była to hammam, łaźnia. Przypomniano sobie, że w Europie łaźnie też przecież były. Restaurowano więc stare, budowano nowe i zaczęto chętnie z nich korzystać. Co ciekawe, często łaźnie bywały koedukacyjne i bardzo szybko kąpielom zaczęły towarzyszyć wino, masaże i profesjonalne usługi seksualne. Ciało przestało być represjonowane, a życie znowu stało ...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]