POLITYKA

Piątek, 19 lipca 2019

Polityka - nr 17 (2856) z dnia 2012-04-25; s. 54-57

Świat

Wawrzyniec Smoczyński

Zbrodnia i sława

W pięciomilionowej Norwegii prawie każdy zna kogoś spośród dotkniętych atakami Breivika. Wszyscy wiedzą, że on jest winny, ale proces musi się odbyć. Żeby demokracja ocalała, a sprawca został skazany na wieczne zapomnienie. Gdyby to było takie proste.

Numer 26. Tarald Kuven Mjelde, urodzony 23 stycznia 1993 r. Był na Ścieżce Zakochanych. Otrzymał pięć strzałów z pistoletu i karabinu. Dwa w twarzoczaszkę, jeden w szyję, jeden w plecy, jeden w lewe udo. Pociski, które trafiły w głowę, weszły przez lewy policzek, złamały kości twarzy i wyszły prawym policzkiem i prawą stroną szyi. Strzał w szyję uszkodził lewą aortę, pocisk w plecy przeszył lewe płuco, uszkodził serce i wszedł do podbrzusza, natomiast strzał w lewe udo przeszył mięsień i pocisk zatrzymał się w kości udowej. Mjelde zmarł od ran postrzałowych”. Ścieżka Zakochanych wiedzie północnym brzegiem wyspy Utøya, Tarald był fanem Chelsea, według przyjaciół „bardzo ciepłym, przyjaznym i społecznie zaangażowanym człowiekiem”.

118 takich opisów wysłuchał Anders Behring Breivik, ale nie drgnęła mu nawet powieka. Morderca przez godzinę patrzył w stół, chwilami zamykał oczy, jakby próbował zasnąć – to prokurator Indze Bejer Engh, która czytała listę zabitych i rannych, co kilka nazwisk łamał ...

Dlaczego mnie oszczędził?

Rozmowa z Adrianem Praconiem, 22-letnim działaczem AUF z Telemarku, który przeżył atak na Utøyę

Wawrzyniec Smoczyński: – Dwa razy stanął pan oko w oko ze śmiercią – za pierwszym razem Breivik do pana nie strzelił, za drugim chybił. Czy tamten dzień pana wciąż prześladuje?
Adrian Pracoń: – To jest wciąż we mnie. Dopiero teraz zaczynam świadomie myśleć, że przecież żyję, a byłem tak blisko śmierci. Codziennie sobie przypominam, jakie miałem szczęście.

Ocaleni mówią, że trudno jest odzyskać życie sprzed 22 lipca. Pan swoje odzyskał?
Trudno wrócić do normalnego życia, zwłaszcza teraz w związku z procesem. Zanim pójdzie się dalej, trzeba zrozumieć wszystko, co się wydarzyło – jak jeden człowiek mógł zabić i zranić tyle ludzi, zatrzymać kraj w miejscu? Trzeba też skonfrontować się z jego poglądami, nie można się ich bać, zamiatać pod dywan.

Pan się boi?
Trochę się jeszcze boję, ale o wiele mniej niż parę miesięcy temu. Czuję się bezpiecznie, bo nie sądzę, by był w Norwegii drugi tak zły człowiek. Pierwsze miesiące to był szok, później był czas, żeby to wszystko przetrawić, a teraz nadszedł czas na sprawiedliwość. Dla mnie to ostatni etap.

Przetrawił pan Utøyę pisząc książkę?
Książka to zapis tego, co się stało, bym mógł zacząć zapominać. Siadłem do niej jeszcze w szpitalu, pięć dni po ataku ojciec zaproponował mi pisanie jako formę pomocy. Tuż po tragedii miałem w głowie wielki chaos i ból, więc użyłem książki, by lepiej poznać własne myśli i emocje. Nie potrafiłem sobie inaczej pomóc. Teraz widzę, że książka była potrzebna także z innych względów: ludzie chcą wiedzieć, co się stało na Utøyi, bo artykuły w gazetach nie opiszą emocji ani tego, co przeszliśmy.

Proces przynosi panu ból czy ulgę?
Jedno i drugie. Codziennie obserwuję transmisję w sali sądu i widok Breivika jednak boli. Ale mam jeszcze dużo pytań i nadzieję, że na procesie znajdę odpowiedzi. 25 maja sam będę zeznawał przeciwko Breivikowi – książka służyła też temu, by przygotować się do tych zeznań.

Co pan powie przed sądem?
Opowiem, co się wydarzyło i jakie poniosłem konsekwencje. Zastanawiam się, czy nie zadać mu jednego pytania.

Jakiego?
Gdy spotkaliśmy się 22 lipca, był blisko mnie, ale mnie nie zastrzelił. Straciłem mnóstwo energii, zastanawiając się, dlaczego mnie nie zabił, i pewnie go o to zapytam.

Chciałby pan kary śmierci dla Breivika?
To byłoby za łatwe. Wielu mówi, że Breivik zasługuje na śmierć, a trzymanie go przy życiu i ochrona będą kosztowały podatników mnóstwo pieniędzy. Ale według mnie to najlepsze, co możemy zrobić: niech żyje ze swoimi emocjami, może kiedyś zrozumie, co zrobił. Pozwolić mu umrzeć teraz, zanim cokolwiek zrozumiał, byłoby za proste.

Uważa pan, że Breivik skupia za dużo uwagi?
Przeciwnie. Zakazując mu wypowiedzi, cofamy się do czasów sprzed 22 lipca, gdy Breivik był chłopakiem grającym w gry komputerowe i gadającym tylko o prawicowym ekstremizmie. A przecież wyrósł na bardzo złego człowieka, który zabił ludzi, by zwrócić na siebie uwagę. Jego czyny nie zostaną zapomniane, ale ważne jest to, by w sądzie wydobyć ich polityczne tło. Jeśli pozwolimy Breivikowi mówić, nad jego poglądami odbędzie się debata i ludzie zrozumieją, co kryje się za tym człowiekiem. To nasz strach przed dyskusją o ekstremizmie popchnął Breivika do jego czynów. To ważne, bo każdy samotny wilk pochodzi z jakiegoś stada.

Zapomni pan kiedyś o Breiviku?
Nie mam w głowie guzika, który pozwalałby o nim zapomnieć – gdybym miał, pewnie bym z niego skorzystał. Więc zamiast próbować o nim zapomnieć, staram się żyć myślą, że będzie w więzieniu do końca swoich dni.