POLITYKA

Czwartek, 19 lipca 2018

Polityka - nr 22 (2707) z dnia 2009-05-30; s. 94-96

Ludzie i obyczaje

Piotr Pytlakowski

Zbrodniarz wężymord

W PRL wtrącono go za kraty z powodu szparaga zimowego i reakcji Zachodu na wybuch antysemityzmu w 1968 r. Teraz Edwin Taglewski walczy o kasację wyroku, bo, jak twierdzi, padł ofiarą Władysława Gomułki.

Edwin Taglewski mieszka w Hagen, 100 km od Kolonii. Do RFN wyjechał z Torunia w 1986 r. Miał wtedy 63 lata. Na spotkanie przywiózł teczkę z dokumentami. – To dowody na moją niewinność. To obiektywna prawda materialna – używa ulubionego powiedzonka i dodaje: – Jako polski patriota do kraju wracałbym nawet nocą. Ale że zostałem uznany za zbrodniarza, nie miałem w ojczyźnie czego szukać. Do emigracji mnie zmuszono.

Faktycznie, przestępstwo, o które go oskarżono, kodeks karny kwalifikuje jako zbrodnię. Poszło o skorzonerę, czyli szparaga zimowego, inaczej zwanego wężymordem czarnym korzeniem. Taglewski zaczął uprawiać to eksportowe i dość rzadkie warzywo w czasach Władysława Gomułki. Gdyby wiedział, co z tego wyniknie, zapewne zająłby się czymś innym: posiałby zboże, hodował krowy albo w ogóle rzucił rolnictwo w diabły. Ale prace polowe lubił, ziemię kochał, a „obiektywna prawda materialna” jest taka, że nawet przy maksimum wyobraźni nie przewidział, iż polegnie z powodu pewnego przemówienia I sekretarza partii komunistycznej, które spowoduje załamanie się skupu wężymorda.

Żołnierz trzech armii

Życie Edwina Taglewskiego należy opowiedzieć chronologicznie, bo inaczej łatwo się pogubić. Jest z dziada pradziada torunianinem. Po wkroczeniu hitlerowców do miasta jego rodziców wpisano do III kategorii narodowościowej (tzw. Eingedeutschte), obejmującej – wedle Niemców – częściowo tylko spolonizowanych autochtonów. W efekcie w 1942 r. 19-letni Edwin został wcielony do Wehrmachtu. Po trzymiesięcznym szkoleniu trafił na front wschodni. Pod Stalingradem wybuch szrapnela zranił go w głowę. Rannego pojmali Rosjanie. – Znałem trzy języki, poza polskim i niemieckim także rosyjski, to mi pomogło, ale później też zaszkodziło – opowiada.

Najpierw znajomość języków uratowała mu życie, bo Sowieci wyznaczyli mu funkcję tłumacza. – Byłem w Czelabińsku, Irkucku, Władywostoku, Nowosybirsku. Ruscy nie wiedzieli, kim jestem, Niemcem czy Polakiem, ale traktowali łagodniej. A kiedy zaczął się nabór do armii Berlinga, natychmiast się zgłosiłem.

W Sielcach nad Oką spędził kilka tygodni, bo zaraz przekierowano go do armii radzieckiej. Tym razem lingwistyczne zdolności zaszkodziły. Chciał do polskiego wojska, wcielili go do sowieckiego. Z czerwonoarmistami jako pierewodczik (tłumacz) doszedł pod Berlin. W 1945 r. wstąpił do polskiej armii i już w ojczystym mundurze wrócił do kraju.

Przez dwa lata uczęszczał do wojskowej szkoły intendentury w Poznaniu, potem w Toruniu armia wydelegowała go na 3-letnie zaoczne kursy prawnicze. Awansował do stopnia kapitana i dochrapał się funkcji szefa wojskowej GAM (garnizonowa administracja mieszkaniowa). I wpadł w kłopoty. – Wrobili mnie w aferę, bo byłem niewygodny – twierdzi. Afera polegała na tym, że pożyczył od pewnego oficera 10 tys. zł. W tym samym czasie tamten dostał przydział mieszkania. – Szukali na mnie haka, bo uważali mnie za podejrzanego. Nie dość, że walczyłem pod Stalingradem po stronie niemieckiej, to w Polsce Ludowej demonstracyjnie chodziłem do kościoła w oficerskim mundurze – opowiada. – Pieniądze pożyczyłem, bo miałem zamiar odejść z armii i hodować kury, to się wtedy opłacało. Przycisnęli faceta, który udzielił pożyczki i ten zeznał, że nie chciał forsy odzyskiwać, bo był wdzięczny za mieszkanie. Dostałem trzy lata jednostki karnej i degradację.

W 1961 r., od razu po odbyciu kary, rzucił wojsko. Zaczął rozglądać się za jakimś godnym zajęciem. Miał smykałkę do interesów, brakowało mu jedynie pieniędzy na rozruch choćby małego biznesu. Zatrudnił się w PKS Toruń jako instruktor kierowców. Dwa lata później zwolnił się z państwowej roboty i zajął rolnictwem. Wydzierżawił 42-hektarowe gospodarstwo z zabudowaniami i spichrzem. Miał już 40 lat, żonę i troje dzieci na utrzymaniu. Wierzył, że po tym, co w życiu przeszedł – wojaczce w mundurach trzech armii, ranach, niewoli, jednostce karnej – burzliwe przygody ma już za sobą. Uprawa roli wydawała się sielskim żywotem nawet w PRL, kiedy takich jak on pogardliwie zwano badylarzami.

Ofiara Gomułki

Wyspecjalizował się w uprawie ziół i rzadkich warzyw. Trudno było nazwać go rolnikiem, bo wciąż mieszkał w Toruniu, na dzierżawione areały dojeżdżał motocyklem, a prace polowe wykonywali mu podnajmowani chłopi z okolicy. Płacił im po 10 zł za godzinę, podczas kiedy pobliski PGR dawał tylko 4 zł. Po robotę u Taglewskiego ustawiała się więc kolejka, a dyrekcja PGR monitowała władze powiatowe, żeby tego kułaka powstrzymać, bo nie wytrzymuje z nim konkurencji.

Swoje uprawy kontraktował z – jak to się wówczas nazywało – uspołecznionymi podmiotami. Głównie z Rejonową Spółdzielnią Ogrodniczą w Chełmnie, która odsprzedawała towar centrali handlu zagranicznego Hortex. Linię kredytową udostępnił mu spółdzielczy Bank Ludowy. Bez kredytu interes wziąłby w łeb, bo Taglewski groszem nie śmierdział, a ...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]