POLITYKA

Poniedziałek, 19 sierpnia 2019

Polityka - nr 27 (2252) z dnia 2000-07-01; s. 3-9

Raport

Mirosław PęczakMarta Zaraska  [wsp.]Agnieszka Kowalczewska  [wsp.]

Zdarta płyta

Festiwal w Opolu niewiele zmieni: prawda jest taka, że Polacy przestają słuchać polskich piosenek. Sukces Kayah – w repertuarze własnym i jugosłowiańskim – też jest raczej wyjątkiem od reguły: coraz droższe płyty sprzedają się coraz gorzej. Trzeba było nawet obniżyć kryteria przyznawania złotych płyt, a i te nowe, ulgowe, okazują się zbyt wyśrubowane. Polskich piosenek jest też coraz mniej w polskich radiach, bo słuchacze nie chcą ich słuchać (a rządzi prawo rynku). Inżynier Mamoń w filmie „Rejs” słusznie mawiał, że lubi się piosenki, które się zna. A jak się nie zna, to się nie lubi. Tak koło się zamyka.

Kiedy w pierwszej połowie lat 90. zaczęły się w Polsce instalować wielkie międzynarodowe koncerny fonograficzne, powszechnie uznano, że oto tworzy się kolejny zdrowy segment gospodarki rynkowej. Praktycznie nieograniczona dostępność płyt zachodnich gwiazd stała się faktem. Rozbudziły się też nadzieje rodzimych artystów estrady wiązane z profesjonalizacją działalności firm płytowych. Dziś optymizmu jest daleko mniej. Płyty, poza nielicznymi wyjątkami, sprzedają się słabo, nowych polskich przebojów mamy jak na lekarstwo, coraz więcej jeszcze niedawno pierwszoplanowych wykonawców popada w niebyt, a gust masowej publiczności infekowanej muzyczno-rozrywkowym kiczem skutecznie zniechęca co ambitniejszych artystów.

Przemysłem fonograficznym w Polsce rządzi „wielka piątka” majors – firm będących filiami koncernów zagranicznych. Universal Music Polska, Pomaton EMI, Sony Music Polska, BMG Ariola i Warner Music Polska mają dziś łącznie ponad 75 proc. udziału w rynku płytowym. Głównie jednak dzięki temu, że dysponują bogatymi katalogami zagranicznymi. Ludzie kupują płyty i kasety, choć nie padają już tak spektakularne jak kiedyś rekordy sprzedaży pojedynczych tytułów, zaś w przypadku twórczości polskiej można mówić o rosnącym ...

Maryla Rodowicz

Sprzedaż rzeczywiście spadła ostatnio drastycznie, ale szczerze mówiąc nie wiem, czemu tak się stało. To, że brakuje hitów, jest w dużym stopniu zasługą dziennikarzy, którzy snobują się na muzykę alternatywną. Artyści chcąc im się przypodobać nagrywają różne dziwadła, boją się komercji. Zresztą może Polacy w ogóle nie potrafią pisać hitów?

Moda na biesiadność nie zrodziła się teraz. Już dawno temu cieszyła się wielkim powodzeniem jak choćby pod koniec lat 60. Skaldowie, No To Co czy Katarzyna Gertner. Ja sama w latach 70. ubierałam się w koronki z Łowicza. Jeśli chodzi o Bregovicia i Brathanki, to szlak dla nich przetarła moja Marysia Biesiadna z 1994r., która sprzedała się w 500 tys. egzemplarzy i sukces Górnego.

 

Kazik Staszewski

Sytuacja jest ze wszech miar kryzysowa. Duże koncerny praktycznie, jeśli chodzi o polską muzykę, nic nowego nie zaproponowały. Rzeczy ciekawe powstają w małych wytwórniach, takich jak Music Corner czy SP Records. Polska muzyka zniknęła z ekranów TV, myślę że dlatego, iż nowe przepisy nakazują mediom płacić tantiemy ZAiKS polskim wykonawcom. Poza tym nie można pomijać innego rodzaju kryzysu – ludzie są biedni, nie każdego stać na płytę kompaktową. Ludzie młodzi nie przestali jednak słuchać muzyki, a młodzi artyści nie przestali jej grać. Tyle że interesująca ich muzyka nie ma dla siebie kanałów prezentacji.

 

Robert Janson

Drastyczny spadek w polskiej fonografii zaczął się jakieś trzy lata temu. Przyczyn można znaleźć wiele, choćby tę ekonomiczną – ludzie mają inne potrzeby niż pójście do kina czy zakup płyty. Ja jestem jednak optymistą: taki przesyt w świecie muzyki wielu ekonomistów przewidziało już wcześniej. Zwykle po czterech czy pięciu latach po wyżu następuje krach, za kilka lat ludzie znów poczują głód. Wprawdzie wciąż króluje muzyka lekka, łatwa i przyjemna, rytm wpadający w ucho, który wszyscy nucą, brak jest utworów łagodniejszych, zahaczających o progi delikatności myślenia, bardziej jednak obawiałbym się o obecną młodzież, która dorasta na ściąganiu piosenek z Internetu, kopiowaniu płyt dla całej klasy czy kupowaniu ich na bazarach po piętnaście złotych. Jeśli nie zlikwidujemy piractwa, to w ten sposób do tej szlachetnej Europy nie wejdziemy! Mimo wszystko myślę, że za rok, dwa nasz rynek muzyczny znów będzie tak ciekawy jak w 1994 czy w 1995 r. Załamać się i powiedzieć: dosyć – jest najprościej.

 

Grzegorz Ciechowski

Kondycja polskiej piosenki jest rzeczywiście kiepska. Przyczyn jest wiele, sam zastanawiałem się nad tym już wielokrotnie. Trzeba przyznać, że istnieje wiele firm fonograficznych, które same sobie kopią grób poprzez odwrót od płyt autorskich i wydawanie licznych składanek. Poza tym cała masa komercyjnych radiostacji – jadąc samochodem można słuchać radia zamiast kupować płytę, podobnie można bawić się na prywatce. Istnieje też zagrożenie, że niedługo będziemy wszystko brać z Internetu. Do tego dochodzi straszna miernota repertuarowa, nie wiem z czego to wynika. Może jednym z powodów jest to, że w wielu firmach fonograficznych ciężko spotkać prawdziwych producentów. Większość odcedza pomysły, a potem je jeszcze wykoślawia. Z drugiej strony nadal można nagrać coś dobrego. Studio da się stworzyć nawet „pod strzechą”. Tyle że tzw. wielkie studia mają powiązanie z mediami, więc tylko ich rzeczy są tam promowane. Jak na razie wciąż czekamy na jakieś świetne piosenki, tak jak dwa lata temu była Budka Suflera czy w ubiegłym roku Kayah i Bregović. Ostatnio rzeczywiście jest słabizna. Po tym wielkim zachłyśnięciu się popem w połowie lat dziewięćdziesiątych już nikt tego nie chce, ludzie potrzebują konkretnego tekstu, a nie banialuk pisanych tylko po to, by pasowały do melodii. Oprócz wytworów starych ramoli nie potrafię zachwycić się niczym, co powstało w ostatnich dwóch latach.