POLITYKA

Sobota, 16 grudnia 2017

Polityka - nr 39 (3129) z dnia 2017-09-27; s. 30-32

Społeczeństwo

Ryszarda Socha

Zdmuchnięcie i przepychanie

Czy rząd wreszcie wesprze samorządy z terenów dotkniętych sierpniową nawałnicą w walce o unijne pieniądze dla poszkodowanych?

Pojawił się cień szansy. 18 września 2017 r. Ministerstwo Spraw Wewnętrznych i Administracji wydało komunikat, że „wniosek o unijne wsparcie będzie można złożyć dla trzech najbardziej poszkodowanych podczas sierpniowych nawałnic województw, po przekroczeniu prognozowanego progu strat około 1,57 mld zł”. Podpisał się pod nim Mariusz Błaszczak. Do tej pory samorządowcy – marszałkowie z Pomorskiego i Kujawsko-Pomorskiego – na własną rękę zbierali dane o stratach i bezskutecznie przekonywali rząd, że należy ubiegać się o pomoc z UE.

Matematyka wyższa i niższa

Gdy marszałkowie jeszcze liczyli straty, minister Błaszczak podkreślał, że rząd nie wystąpi o pomoc do Unii, bo próg strat wymagany, aby starać się o taką pomoc, nie zostanie przekroczony. Oba województwa miały już wtedy za sobą wizyty prominentnych przedstawicieli Parlamentu Europejskiego. 8 września skutki nawałnicy oglądali na własne oczy wiceprzewodnicząca Parlamentu Europejskiego Mairead McGuinness oraz Adina Valean, przewodnicząca Komisji Ochrony Środowiska Naturalnego, Zdrowia Publicznego i Bezpieczeństwa Żywności oraz inni europarlamentarzyści. Odwiedzili Żalno (kujawsko-pomorskie) i Trzebuń (pomorskie). Spotkali się z samorządowcami w Chojnicach. Gości ściągnęli europarlamentarzyści z PO, podobno duże znaczenie miało tu osobiste zaangażowanie Róży Thun. – Ogrom strat, jaki tutaj zobaczyliśmy, jest nie do opisania – mówiła Mairead McGuinness. – To wygląda tak, jakby ktoś ręką zmiótł to wszystko. Zrobimy wszystko, by ułatwić samorządom pozyskiwanie pieniędzy.

Poparcie zadeklarował też Christopher Todd, dyrektor wydziału ds. Polski w Dyrekcji Generalnej ds. Polityki Regionalnej i Miejskiej KE, zaproszony przez marszałka kujawsko-pomorskiego Piotra Całbeckiego. 11 września 2017 r. odwiedził jedno z nadleśnictw, jeden z ośrodków wypoczynkowych oraz kilka miejscowości w gminie Sośno. Zobaczył uszkodzone budynki, zniszczone drogi i linie energetyczne, powalone połacie lasów. Powiedział mieszkańcom, że Unia może pomóc regionowi na dwa sposoby, przez Fundusz Solidarności i przez przesunięcie pieniędzy w ramach Regionalnego Programu Operacyjnego, ale ta druga droga jest bardziej skomplikowana. Pieniędzy z Funduszu Solidarności nie można też skierować do osób indywidualnych. Można je przeznaczyć na naprawę infrastruktury, pokrycie kosztów akcji ratunkowych. Albo doposażenie służb, które brały w nich udział.

Dobre byłoby i to. Na Pomorzu po nawałnicy sprzęt jednostek Ochotniczej Straży Pożarnej uczestniczących w usuwaniu skutków jest tak wyeksploatowany, że strażacy apelowali o pomoc. Odpowiedziała m.in. Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy, przeznaczając 1,5 mln zł na zakupy butów, hełmów, rękawic, pił, agregatów prądotwórczych, motopomp i innych urządzeń.

Fundusz został stworzony po powodziach, które latem 2002 r. nawiedziły Europę Środkową. Ma pomagać krajom UE w likwidacji skutków dużych klęsk żywiołowych (powodzie, pożary lasów, trzęsienia ziemi, huragany, susze). Polska już z niego korzystała w 2010 r. (powódź). Sięgali też do niego Włosi po trzęsieniach ziemi. To pieniądze, które mogą być uruchomione bardzo szybko, ale wniosek musi złożyć rząd – najpóźniej w ciągu 12 tygodni od kataklizmu. Wielkość strat musi przekroczyć pewien pułap, choć podobno są tu różne furtki i jest spora elastyczność.

Z wyobraźnią i bez

I właśnie z liczeniem strat był w Polsce kłopot. Zarówno marszałkowi pomorskiemu, jak i kujawsko-pomorskiemu wyszły kwoty rzędu 1,5 mld zł dla każdego z województw, co wystarczało, by wystąpić o pomoc. Jednak te wyliczenia nijak się miały do wielkości, którymi w tym samym czasie operowali wojewodowie oraz MSWiA.

Wyliczenia samorządowców wojewodowie z PiS potraktowali jak ataki na rząd. Wojewoda kujawsko-pomorski Mikołaj Bogdanowicz, po wizycie Todda, pisemnie pytał marszałka Całbeckiego, na jakiej podstawie wypowiada się publicznie, że straty są tak duże. Wojewoda pomorski Dariusz Drelich (ten od frazy „do zbierania gałęzi i zamiatania liści nie będziemy wzywać wojska”) oszacował straty na zaledwie 120 mln zł. Ujął budynki prywatne (mieszkalne i gospodarcze) oraz infrastrukturę komunalną, bo liczenie szkód w rolnictwie jest jeszcze daleko w polu. Podkreślał jednak, że to będą dziesiątki, a nie setki milionów złotych. Rachunki marszałka Struka Drelich nazwał „atakiem na rząd, który rzekomo czegoś nie zrobił, a powinien”. Cóż, gdyby chcieć się utrzymać w tej samej konwencji, to można by powiedzieć, że na tle mniejszych strat lepiej prezentuje się rządowa pomoc.

Samorządowcy próbowali przekonywać rząd do swoich racji. Marszałek Całbecki deklarował, że pomoże administracji rządowej w przygotowaniu wniosku o wsparcie z FSUE. Marszałek Struk pisał w tej samej sprawie do wicepremiera Morawieckiego, załączając własne wyliczenia, ale ...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]