POLITYKA

Poniedziałek, 20 maja 2019

Polityka - nr 49 (2274) z dnia 2000-12-02; s. 48-49

Świat

Grzegorz Dobiecki

Żegnaj wołowino

Francja budzi się z ręką w talerzu

Ważną dla Francuzów lekturą były od zawsze rozmaite przewodniki kulinarne, w rodzaju dzieł Michelina czy Guy Pudlowskiego, o tym, gdzie i co zjeść najlepiej. Oto jednak pojawiły się ostatnio instruktaże gastronomiczne z (niepewnymi) poradami nowego typu: czego i gdzie najlepiej nie jeść, co zaś jeszcze można pochłaniać bez większych obaw. Wyraźny to objaw, powiedzmy, pełzającego lęku – bo nadużywane określenia psychoza albo panika są na pewno zbyt mocne.

Francja, przekonana do niedawna, że choroba szalonych krów była i pozostanie paskudztwem importowanym zza kanału La Manche, obudziła się z ręką w talerzu. Jej narodowe pogłowie bydła też jest – okazuje się – nie najzdrowsze. Owszem, nieco ponad setka stwierdzonych tutaj przypadków zachorowań zwierząt to jeszcze nie epidemia, to nic w porównaniu z kilkunastoma tysiącami oficjalnie odnotowanymi w Anglii. To czterokrotnie mniej niż tylko na jednej brytyjskiej wyspie Man. Ale to już problem, przed którym nie ujdą ani zjadacze befsztyków, ani ich producenci i sprzedawcy. Ani nawet politycy. Zasada pozostaje bez zmian: jedno zwierzę zarażone – całe stado wybite, niezależnie jak byłoby liczne.

Paryski tygodnik „Le Nouvel Observateur” opatruje swe porady kulinarne podtytułem: „Co jeszcze możemy zjadać bez ryzyka”. Jest to bardzo nieprzyjemna lektura nie tyle dlatego, że odradza konsumpcję pewnych produktów, prędzej dlatego, że jest dość bałamutna. Tak tedy jeść nie należy zdecydowanie wołowiny z kością (w Polsce to często wkładka rosołowa, we Francji – kolosalne danie główne), gdyż kostne częś...