POLITYKA

Poniedziałek, 20 maja 2019

Polityka - nr 7 (2285) z dnia 2001-02-17; s. 82-83

Nauka

Stanisław Mrówczyński

Żelazna pustynia

Czy eksperymenty fizyków mogą wywołać wszechświatową katastrofę?

W ubiegłym roku uruchomiono w okolicach Nowego Jorku akcelerator RHIC, który umożliwi badanie nowego stanu materii – plazmy kwarkowo-gluonowej – produkowanej w zderzeniach jąder atomowych rozpędzonych do rekordowo wielkich energii. W związku z tą perspektywą pojawiły się wątpliwości, czy wytworzony zalążek takiej plazmy nie zacznie pochłaniać otaczającej nas materii, przekształcając ją lawinowo w inną jej formę. Realizacja takiego scenariusza oznaczałaby globalny kataklizm o niewyobrażalnych skutkach.

Nośność mitu uczonego-czarnoksiężnika, który w swym laboratorium pracuje na zgubę ludzkości, sprawia, że naukowcy co rusz muszą się tłumaczyć ze swych poczynań. Zdarzyło się jednak kilkakrotnie i tak, że perspektywa wszechświatowej katastrofy spowodowanej działalnością fizyków zdawała się realna i trzeba było podjąć szczegółowe badania, aby rozproszyć obawy. Na wczesnym etapie projektowania bomby atomowej, latem 1942 r., Edward Teller, późniejszy twórca bomby termojądrowej, wykonał obliczenia, które wstrząsnęły grupą największych fizyków owych czasów. Teller doszedł mianowicie do wniosku, że wybuch bomby atomowej spowoduje jądrowy pożar atmosfery i sukcesywną przemianę lekkich pierwiastków w cięższe. Zajście takiego procesu spowodowałoby zniszczenie życia na naszej planecie. Wszak żadne organizmy nie mogą się obyć bez wodoru, węgla, tlenu, azotu. Robert Oppenheimer – szef projektu Manhattan – zarządził wstrzymanie wszelkich prac. Zdecydowano, że Hans Bethe, który jako pierwszy wykazał, że energia gwiazd pochodzi z przemian jądrowych, za co otrzymał Nagrodę Nobla w 1967 r., przeanalizuje obliczenia Tellera.

Oppenheimer pognał pociągiem (szefowi programu nie wolno było ...