POLITYKA

Piątek, 24 listopada 2017

Polityka - nr 16 (3107) z dnia 2017-04-19; s. 12-15

Temat tygodnia

Juliusz ĆwieluchAnna DąbrowskaMalwina Dziedzic

Zimna wojna w PiS

Zmuszony do odejścia z PiS Bartłomiej Misiewicz to symbol buty i nepotyzmu obecnej władzy. Ta zawrotna kariera nie byłaby możliwa, gdyby nie protekcja Antoniego Macierewicza. I choć wobec samego ministra nie wyciągnięto konsekwencji, jego pozycja została mocno podważona.Czy upokorzenie szefa MON to początek długiej „wojny na górze”?

Prezes Kaczyński cierpliwie znosił „ekstrawagancje” Antoniego Macierewicza, których uosobieniem był pulchny 27-latek z podwarszawskich Łomianek, bez wyższego wykształcenia i choćby minimalnego doświadczenia współmiernego do przyznanych mu uprawnień (POLITYKA 5). Zawrotna kariera pisowskiego Dyzmy raziła nawet polityków partii rządzącej i w jawny sposób negowała mit „dobrej zmiany”. Okresowo ukrywany, z przytupem powracał po kilku miesiącach i unaoczniał pozycję ministra Macierewicza, którego decyzje wydawały się nie do ruszenia, nawet przez prezesa PiS. – W sprawie z Misiewiczem zaczęły się pojawiać najbardziej karkołomne hipotezy. Jedna z nich mówiła o związkach, takich męsko-męskich, druga o jakichś kwitach, hakach, trzecia – według mnie najbardziej prawdopodobna – że to problem charakteru. To miłość własna Macierewicza powodowała, że za wszelką cenę próbował demonstrować, ile znaczy i że nikomu nie ulega – twierdzi nasz rozmówca z klubu PiS.

Kaczyński kilkukrotnie dawał Macierewiczowi szanse, aby sam rozwiązał sprawę swojego protegowanego, i nie krył przy tym, co sądzi o awansowaniu niedawnego pomocnika aptekarza na tak eksponowane stanowiska w MON. Jednak Macierewicz ostentacyjnie to ignorował. Aż prezes PiS w końcu powiedział: dość. I postanowił pokazać ministrowi obrony jego miejsce w szeregu.

Konferencja, na której Jarosław Kaczyński poinformował o zawieszeniu Misiewicza w prawach członka partii, miała tak naprawdę jednego adresata – szefa MON i jednocześnie wiceprezesa PiS. Nie bez przyczyny prezes wspomniał o swoich statutowych uprawnieniach, które dają mu możliwość podejmowania takich decyzji w okresie między posiedzeniami komitetu politycznego partii. Również skład komisji powołanej do wyjaśnienia sprawy awansów Misiewicza nie pozostawiał złudzeń. Joachim Brudziński, Mariusz Kamiński, Marek Suski i Karol Karski to pretorianie prezesa, „pluton egzekucyjny” – jak mówią niektórzy. Już następnego dnia odstrzelili Misiewicza. To pierwsze ostrzeżenie dla Antoniego Macierewicza.

Prośby

Sprawę trzeba było rozstrzygnąć szybko, bo Wielkanoc za pasem, a władza nie mogła sobie pozwolić, aby przy świątecznym stole suweren dyskutował o ogromnej pensji dla pupila ministra. – To miało być załatwione inaczej, ale się nie udało – mówi poirytowany jeden z najważniejszych polityków PiS. Dodaje, że prezes działa w myśl ewangelicznej zasady: „Gdy brat twój zgrzeszy przeciw tobie, idź i upomnij go w cztery oczy”, a jak to nie zadziała, to upomnij go przy świadkach, jeśli i tych nie usłucha, donieś Kościołowi. – I tak właśnie prezes najpierw prosił w cztery oczy, potem wysyłał publicznie sygnały ostrzegawcze. A Antoni Macierewicz obiecywał, że zajmie się sprawą, że będzie prezes zadowolony. Aż wreszcie Jarosław zdecydował się na krok ostateczny – relacjonuje polityk PiS.

Ostatni „powrót Misiewicza” nastąpił szybciej, niż ktokolwiek się spodziewał. W poniedziałek, kiedy pisowcy obchodzili rocznicę katastrofy smoleńskiej, wyszło na jaw, że Misiewicz, wciąż jeszcze pełniący obowiązki szefa gabinetu politycznego szefa MON, został pełnomocnikiem zarządu PGZ do spraw komunikacji. Wiadomo, że skierował go tam resort obrony. We wtorek rano szef komitetu wykonawczego PiS, pierwszy wiceprezes Joachim Brudziński, wziął jeszcze Misiewicza w obronę. „Jakby przeanalizować sukces zdolności wypromowania nazwiska Misiewicza, to Bartłomiej Misiewicz przejdzie do historii europejskiego PR” – mówił w TVN24. I dodawał, że „nie jest zwolennikiem tego, żeby wyrzucić na zbity pysk, wszystko wskazuje na to, że zdolnego, młodego człowieka”.

Ale do wieczora sytuacja zmieniła się diametralnie: „Fakt” ujawnił, że Misiewicz wylądował w PGZ z pensją 50 tys. zł. – Prezes oszalał, wypuścił z ręki marchewkę i został mu tylko kij, którym postanowił pogonić Misiewicza i tym samym kijem schłostać Macierewicza – mówi jeden z polityków PiS. Dodaje, że kto zna Kaczyńskiego, ten wie, że na sprawy zarobkowe jest szczególnie wyczulony, osobiście i wizerunkowo. Jemu samemu niewiele potrzeba, uważa, że sporo zarabia, i potrafi się tym podzielić. Działacz z Nowogrodzkiej opowiada, że Kaczyński kiedyś oddał potrzebującej kobiecie część swojej poselskiej pensji, a innym razem, aby kogoś poratować, wyjął z kieszeni kilkaset złotych. Był zbulwersowany informacjami o pensji młodego protegowanego Macierewicza. I choć podobno nie było to aż 50 tys. zł, to jednak kwota miała być na tyle wysoka, że partia postanowiła jej nie ujawniać. – Prezes wiedział też, że nasz elektorat naprawdę wkurzy się na tę pensję Misiewicza; to był wielki, mierzalny konkret – słychać w PiS. I było to równie ważne jak poczucie Kaczyńskiego, że Macierewicz robi, co chce.

Groźby

Prezes był zdeterminowany, aby załatwić Misiewicza przed świętami. Plan A polegał na tym, że Misiewicz pod naporem komisji sam odda legitymację partyjną. I tak się stało – opowiada polityk bliski prezesowi. Czy był jeszcze plan B? – Tak, jeśli nie odszedł...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]