POLITYKA

Poniedziałek, 22 lipca 2019

Polityka - nr 30 (2664) z dnia 2008-07-26; s. 70-72

Historia

Jerzy Kochanowski

Złoto na czarno

Złoto zawsze było lekiem na trudne czasy. Również w PRL ten medykament był w powszechnym użyciu, najczęściej w warunkach konspiracyjnych.

Znaczną część polskiego XX w. można bez wątpienia umieścić w rubryce „ciężkie czasy”. Dwie wyniszczające wojny pokazały, jak łatwo i niespodziewanie można stracić życie i cały jego materialny dorobek. Zmiany systemów politycznych, przesunięcia granic, kryzysy gospodarcze, inflacja (i hiperinflacja) uświadomiły, że lokaty bankowe, papiery wartościowe, a nawet nieruchomości są niepewną inwestycją. Natomiast waluty, złoto, biżuteria, brylanty nie tylko ułatwiały doczekanie lepszych czasów, ale można je było ukryć lub zabrać ze sobą.

Uratowane skarby pomagały odbudować powojenną egzystencję – założyć sklep, warsztat, rozwinąć interes, wyremontować dom. Z drugiej strony państwo utrzymało ścisłą reglamentację całego obrotu walutowego, płacąc zarówno za kruszce, jak i waluty znacznie mniej, niż oferowali tzw. waluciarze. Nic dziwnego, że czarny rynek kwitł, szybko dopasowując do pokojowych czasów wypracowane podczas wojny formy działania. Na rozmiar czarnogiełdowych operacji wpływały również powojenne migracje.

Dla ludzi ze smykałką do interesów i bez skrupułów pierwsze powojenne lata to było ...