POLITYKA

środa, 22 maja 2019

Polityka - nr 29 (2513) z dnia 2005-07-23; s. 58-59

Kultura / Teatr

Jacek Sieradzki

Zły Makbet

Żaden z licznych w tym sezonie inscenizatorów „Makbeta” nie potrafił opowiedzieć o walce człowieka z ciemną stroną swej natury, co jest istotą dramatu Szekspira. Dlatego o kondycji teatru polskiego myślę z niepokojem.

Władcą scenicznego sezonu 2004/2005 został Makbet, szkocki król-zbrodniarz z tragedii Williama Szekspira. Reżyserzy wszystkich pokoleń zajadle rzucili się na tę sztukę – bynajmniej nie cieszącą się popularnością podczas dwustuletniej już obecności na naszych scenach. Najwyraźniej odkryli w niej coś, co zdało im się ważne w rozmyślaniu o naturze współczesnego świata, a w szczególności tkwiącego w nim zła. Pora zapytać, czym było owo coś, które odkryli. W kolejce czeka zaś następne pytanie: Czegóż to dzisiejsi interpretatorzy Szekspira w „Makbecie”... nie mieli ochoty przeczytać.

Suma odpowiedzi układa się w obraz zainteresowań polskiej sceny na tyle niepokojący, że warto mu się przyjrzeć bliżej. A najwygodniej zestawić go z dawniejszymi interpretacjami. Doskonałą okazję ku temu dała TVP Kultura, emitując niedawno telewizyjną inscenizację „Makbeta” zrealizowaną przez Andrzeja Wajdę w 1969 r. (Kulturę mało kto odbiera, ale może część czytelników pamięta ten spektakl, wielokrotnie powtarzany). Skądinąd można by go potraktować jako zabawny przyczynek do żywego (jak się okazuje już tyle lat) sporu, czy teatr telewizji powinien być teatrem w studio, czy ma prawo zmieniać się w ...