POLITYKA

Wtorek, 21 maja 2019

Polityka - nr 41 (2214) z dnia 1999-10-09; s. 22-24

Kraj

Ewa Winnicka

Zomoza

Dwadzieścia dwa policyjne oddziały prewencji. Nawet w samej policji nazywają ich: mięso armatnie, pałkersi, zomoza. Umieszczono ich w najgorszej grupie płac i na dnie w hierarchii zawodowej. Drgnęło niedawno.

Zmechanizowane Odwody Milicji Obywatelskiej cieszyły się w PRL jak najgorszą opinią i kojarzyły z najgłębszym totalitaryzmem.

Więc w 1990 r. na ich miejsce w nowej Polsce powstały Oddziały Prewencji.

Zmieniła się ich rola: ochraniają masowe zgromadzenia, obsługują wizyty VIP-ów. Powinni pilnować prawa, nie mogą być stroną w konflikcie. Mają neutralizować, a nie atakować. Od zwykłych jednostek różnią się tym, że potrafią działać w zwartych szykach.

Na prewencji ciąży odium zomowskiej niesławy, wciąż choruje ona na zomozę: do niedawna nawet mundur polowy policjanta był podobny do zomowskiego, ludziom trudno przyzwyczaić się, że prewencja to przyjaciel, nie ma poszanowania ze strony kolegów z innych służb.

Ale policyjna góra uznała w końcu, że działanie w tłumie demonstrantów to sztuka, a sprawny dowódca pododdziału to prawdziwy artysta.

Dowódca, kiedy musi już siłą przywrócić publiczny porządek, bierze odpowiedzialność za swoich ludzi, za ludzi zza barykady, za skutki ich działania, za sprzęt, którego używa. Jeśli któryś z jego ludzi popełni błą...