POLITYKA

Niedziela, 26 maja 2019

Polityka - nr 37 (2315) z dnia 2001-09-15; s. 18

Wydarzenia

Jagienka Wilczak

Żubr nie chce skansenu

Łukaszenko oczywiście wygrał, ale na karku czuje oddech opozycji

Wybory prezydenckie na Białorusi niewiele miały wspólnego z demokratycznymi procedurami. Trwały sześć dni, od wtorku do niedzieli, i przebiegały pod dyktando urzędującego prezydenta Aleksandra Łukaszenki. Jednak bez względu na wynik, który nie mógł być w tej sytuacji inny, zmieniły białoruską rzeczywistość i scenę polityczną.

Łukaszenko – jak na autokratę przystało – był pewny swego zwycięstwa nad kandydatem opozycji Uładzimirem Hanczarykiem (ogłosił je nawet przed oficjalnym komunikatem PKW) i będzie pełnić urząd kolejne pięć lat. A może dłużej, jeśli znów zmieni konstytucję. Na razie musiał wygrać. Nie tylko dlatego, że nie uznaje demokratycznych zasad i nie myśli oddać władzy (udowodnił to m.in. przedłużając, wbrew konstytucji, swą kadencję). Także dlatego, że jeśli ją straci, to straci również nietykalność, a to może prowadzić do rozliczenia prezydenta. Już podczas tej kampanii wyborczej opozycja żądała wyjaśnienia okoliczności zaginięcia trzech poważnych przeciwników prezydenta – Wiktora Hanczara, b. wiceszefa parlamentu, Jurija Zacharenki, b. szefa MSW oraz znanego dziennikarza Dimitrija Zawadzkiego.

Informacja o szwadronie śmierci, który rozprawiał się krwawo z niepokornymi na rozkaz Łukaszenki, dotarła do opinii publicznej. Ruszyła śniegowa kula: na murach stolicy, ale także na prowincji pojawiają się codziennie pisane sprayem hasła: „Gdzie Hanczar?” „Gdzie Zacharenko?”, „Gdzie Zawadzki?” I wezwania, żeby posprzątać kraj. Jeszcze niedawno było to nie ...