POLITYKA

Czwartek, 20 czerwca 2019

Polityka - nr 11 (2696) z dnia 2009-03-14; s. 30-31

Kraj

Jerzy Danilewicz

Zwany Groszkiem

Artur zwany Groszkiem, który 1 marca 2009 r. zabił księdza w podlaskiej wsi, powinien był już dwa tygodnie wcześniej siedzieć w areszcie. Ale napisał podanie o odroczenie, procedura ruszyła, a on poszedł pić.

W poddrohiczyńskich Miłkowicach Maćkach nie mogą zrozumieć: zadźgać własnego proboszcza? Okraść, napaść nawet, bo potrzebowali pieniędzy na wódkę, to się jeszcze mieści w głowie. Kiedyś w pobliskiej parafii był napad na księdza, jednak sprawcy rozumieli, że dziesiona, czyli rozbój, to nie to samo co mokra robota. Przypalili ofiarę żelazkiem, związali, wrzucili do piwnicy. Bolało, ale przeżył. Nigdy nie wyjawił, kto go napadł.

Dlatego w Miłkowicach Maćkach panuje przekonanie, że 23-letni Artur zwany Groszkiem, który przyznał się do zbrodni, na pewno był pijany albo pod narkotykiem. Nikt też nie ma złudzeń – kiedyś musiał tak skończyć. Groszek znany był po obu stronach Bugu jako pewny siebie drobny oszust, naciągacz, pogromca pijaczków, co da w mordę i oskubie. Nieraz sam dostał w dyskotece, nie pękał. Kiedyś silniejsi rozbili mu głowę w dwóch miejscach, karetka odwiozła go do szpitala, w nocy uciekł w szpitalnych ciuchach. Przechwalał się: psy mnie, kurwa, nie namierzą. Nie dam się zamknąć.

I nie zamykano ...