POLITYKA

Wtorek, 18 czerwca 2019

Polityka - nr 40 (2725) z dnia 2009-10-03; s. 108-113

Na własne oczy

Marcin Kołodziejczyk

Z Warszawy do wieczności

Wchodzą w życie, kiedy wybucha powstanie. Walczą, przeżywają – potem normalnie pracują, robią kariery, zakładają rodziny. Ale zgasłe powstanie zostaje w nich na zawsze – w piwnicach, w gruzach, na ulicach kwitnącego dziś miasta.

Wiosna 1944: Dym

Jur, chłopak z Woli, rocznik 1925. Jako piętnastolatek pracuje przy rozładunku węgla w elektrowni tramwajowej – to ten budynek, w którym dzisiaj jest Muzeum Powstania Warszawskiego. Potem, do powstania, pracuje w zakładach Philipsa. Jest mocny, nie ma ojca, sam utrzymuje dom, szybko się dorasta przez wojnę. Przed powstaniem Jur dla powagi doda sobie w papierach dwa lata życia.

Alina, żoliborzanka, rocznik 1923. Ma 16 lat, kiedy wraca do okupowanej Warszawy z majątku stryja na Kresach. Opiekuje się uciekinierami z getta ukrywanymi przez ciotkę – sprząta, gotuje, nosi węgiel. Chce być potrzebna – tak ją wychowano. Kocha tańczyć, tańczy wszędzie, biega na lekcje tańca do słynnej szkoły pani Mieczyńskiej. Nawet w celi i w umywalniach Pawiaka, gdzie trafi za pomoc Żydom, będzie tańczyć ukradkiem.

Jupiter ze Starówki, rocznik 1923. Pod podłogą ma schowany damski pistolet, do spółki z kolegą – 4 kule w magazynku. Kręci się pod Muzeum Narodowym, gdzie stoi wartownik z karabinem bergmann. Powstanie wisi w powietrzu jak dym, ...